Kategorie
Prywatnie

Niepamięć

Wskoczyłam na docelową dawkę pregabaliny – 600 mg dziennie. Nie czuję braku mobilizacji do wstania z łóżka, lecz widzę, jak moje IQ leci w dół. Brainfog, którego nigdy wcześniej, aż w takim stopniu nie doświadczyłam.
Nie umiem pisać dobrych tekstów, choć praca jakoś idzie. Mam problemy ze znalezieniem słów, mam problemy z utrzymywaniem przedmiotów w ręku, bo dorwały się do mnie mioklonie, nawet mięśni mojego zajętego chorobą ucha środkowego. Ataki są rzadsze, Karina przytyła i jest większa, w tej chwili nie potrafię utrzymać palców w kompletnym bezruchu. Ruchy precyzyjne stają się coraz trudniejsze, zaczęłam widzieć słabiej niż do tej pory, zaczęłam szybciej się męczyć, o wiele szybciej. Cena brania pregabaliny? Wysoka. Cały czas doszukuję się winy nie w braniu pregabaliny, lecz w planie mojego poprzedniego leczenia. Flunaryzyna, potem bezpieczniejsza cynaryzyna – akatyzja, wyginanie ciała na siedem stron świata jak przy zejściu z fentanylu. Pregabalina na to pomogła, lecz spowodowała inne problemy.
Benzodiazepiny? Forget it. Przynajmniej mi nie pomagają na tiki, czy jak zwał – mioklonie, chociaż powinny. Klonazepam, alprazolam. Tabletki, 10 mg, 2 mg, 6 mg, 8 mg, wszystko w dawkach równoważnych…
Nigdy w życiu nie czułam takiego burdelu w gospodarce neuroprzekaźników. GABA, dopamina – te dwa kluczowe, z którymi zdaje się, mam największy problem.
Doszłam do takiego nastawienia, że boję się to odstawić, po prostu. Mogę metodą prób i błędów ucinać 75 mg co dwa tygodnie, lub robić roztwór i odmierzać strzykawką jeszcze mniejsze dawki, gdy 75 mg byłoby za dużym wyzwaniem.
Znalazłam kogoś podobnego do mnie – wspieramy się. Gdy trzeba, bierzemy jak lekarz powiedział, gdy goni potrzeba, dobijamy do chorych dawek liczonych w gramach, które możnaby już jeść małą łyżeczką.
Grzebiąc głębiej i przyglądając się swojej niepamięci dotarłam do informacji, że pregabalina działa źle na hipokamp, neurodegeneracja to złe słowo, lecz degeneracja. A teraz Pfizer wypuścił szczepionkę na Covid19 – ta sama firma, która wypuściła pregabalinę…

Kategorie
Prywatnie

Takie tam uniwersum. Jakie?

Rasa: Galwan
Pochodzenie: Galwan
Galwanie, lub galwanowie jak kto woli, to dość małe istoty – źródła podają, że mierzą od 5 cm do 40 cm, lecz małe ciało kryje w sobie niezliczony potencjał.
Zaczynając od wyglądu zewnętrznego – mają jasno lub ciemno-szarą skórę, i są do siebie bardzo podobni. Mają zielone oczy ze źrenicami w kształcie prostokąta. Chyba ich największą częścią ciała są ręce – nawet z palcami przeciwstawnymi. Niektórzy twierdzą, że to taka trochę humanoidalna żaba – nie zgadzam się z tym. Wszyscy – prócz tych zesłanych na Ziemię lub ich przywódcy Azmutha określanego jako "pierwszy myśliciel" oraz uważanego za najbardziej inteligentnego przedstawiciela gatunku ubrani są w białe szaty sięgające do ziemii lub kostek – to trochę wygląda jak biała koszula nocna, tylko, że długa, z długimi, luźnymi rękawami i z czarnym pasem idącym od dekoltu do końca ubrania. Azmuth jednak przedstawiany był różnie. Gdy pierwszy raz został odnaleziony, by wyłączyć tryb autodestrukcji omnitrixa jako ostatnie zabezpieczenie przed dostaniem się jego największego wynalazku w ręce, a właściwie, na rękę niepowołaną, nosił ubranie, którego nie potrafiłam rozpoznać. Kiedy jednak zaczął bardziej pilnować tego, kto dostał omnitrix przez przypadek, pojawiał się niespodziewanie w zielonej szacie przewiązanej czarnym pasem, z metalowymi dodatkami.
Co do anatomii – jedna rzecz jest najciekawsza. Porównajmy układ nerwowy galwana do laptopa, na którym są dyski – SSD na system, i HDD na dane. Tu jest tak samo – Dysk SSD jest szybszy, więc to proto mózg odpowiadający za wszystkie funkcje ciała (w ich przypadku mowa, stabilny chód, refleks, odruchy neurologiczne, napięcie mięśni, wszystko, co związane z fizjologią), natomiast dysk HDD (ten bardzo trwały), to mózg służący właśnie, do przechowywania danych, łączenia faktów, mieszczący osobowość.
Nie można mówić o średniej długości życia, ponieważ tę mierzy się w tysiącach ziemskich lat. Sami w sobie nie mają dodatkowej mocy, która pomogłaby w obronie przed większym osobnikiem, lecz potrafią oddychać pod wodą, są bardzo zwinni i łamią prawa fizyki, ponieważ mogą silnie przyczepić się do nierównych powierzchni.
To, z czego najbardziej słynni są galwanie to inteligencja i wysoko rozwinięta technologia. Pomimo swojego małego wzrostu osiągają wielkie rzeczy. Są na pewno współtwórcami galaktycznego kodeksu postępowania, a przynajmniej wtrącili tam swoją uwagę, że pojedynek zdobywców powinien odbywać się pomiędzy wojownikiem rasy atakującej, a wojownikiem planety atakowanej, stworzyli niebyt – wymiar o nieskończonej powierzchni, który ma służyć za więzienie. Twierdząc, że księżyc ich planety (galwan B) mógłby być czymś więcej niż satelitą, dali życie technoorganicznemu gatunkowi. Galwaniczne mechamorfy, jak je nazwano potrafiły wtapiać swoje ciało w różne urządzenia i ów urządzenia modyfikować. Mechamorfy pod opieką galwan stworzyli swoją cywilizację i żyły niezależnie. Galwanie stwierdzili, że nie mają prawa kolonizować ich świata, lecz mechamorfy czasem były im pomocne. Na planecie trwają ciągłe badania na potrzebę innych istot, w tym rasy ludzkiej, a poza nimi – całkiem normalne życie.
Jam jest Azmuth – konstruktor omnitrixa, stworzyciel światów, najmądrzejsza istota trzech lub pięciu galaktyk. Jestem galwanem. I co z tego? Czy to pozwala tobie jakkolwiek naruszać moją prywatność? Czy Azmuth jest rzeczywiście taki inteligentny? Jest na pewno egocentrykiem i pesymistą. Uwielbiam gościa. Ma niestety zadatki na dyktatora, jednak lider może być tylko jeden, a całą populację, przynajmniej na galwanie, ma nad sobą!
Na początku nie interesował się konsekwencjami swoich wynalazków – tłumaczył, że najważniejszym jest to, co dzieje się w teraźniejszości. Stworzył broń – miecz tak potężny (ascalon), który użyty nieumiejętnie zniszczył planetę rasy najeźdźców w trakcie ich wojny domowej, trwającej eony… Po tym wydarzeniu poświęcił się wyłącznie pokojowej nauce. Stwierdził, że pomoże różnym rasom zbliżyć się do siebie. Na początku próbki DNA miały być przechowywane w osobnych urządzeniach zwanych unitrixami, lecz pomysł został szybko porzucony. Zamiast tego zaczął pracować nad planetą – własnym światem, organiczną maszyną. Stworzył również inteligentne drony (voliticus Biopsis), które przemierzały galaktyki w poszukiwaniu próbek DNA każdej inteligentnej formy życia). Gdy próbki DNA zostały pozyskane, trafiały do rzeki Kodonu na tejże planecie, którą Azmuth nazwał Primus.
Prototyp omnitrixa był niczym innym, jak tylko urządzeniem, które łączy się bezprzewodowo z Primusem i ładuje z niego próbki. Jego działanie polegało na sekwencjach lub możliwościi obsługi głosowej przez użytkownika. Dostęp do panelu sterowania mógł dać tylko sam Azmuth, lub ten, kto nosił Omnitrix oraz poznał reguły sekwencji. Finalny Omnitrix miał już próbki wprowadzone w formie elektronicznej do pamięci urządzenia i miał bardziej zgrabną formę, gdzie użytkownik mógł całkowicie zmieniać jego fizyczny wygląd.
Ciekawe jest też pokazywanie wspomnień za pomocą technik do symulacji. Przynajmniej Azmuth był w stanie pstryknięciem palca wprowadzić kogoś w swoje wspomnienia, po prostu pokazać mu je w formie symulacji, lecz ten, kto w niej był nie miał na nic wpływu. Tylko stał i patrzył.
Dość już tych ciekawych rzeczy, których mogłabym jeszcze trochę podać. Azmuth jednak nie przewidział, że nadplemię wierzące w czystość rasy, pochodzenia planowało atak na jego planetę. Atak skończył się odbudowywaniem jej od nowa. Nie mam pojęcia w jaki sposób przeżyli pozostali mieszkańcy. Nie przewidział też wielu innych rzeczy, a dla galwan to podobno karygodne.
Z praktycznych rzeczy – Galwanie potrafią wymieniać całe układy nerwowe różnych stworzeń, robią translatory, które są zdolne tłumaczyć każdy wykryty język na język drugiego rozmówcy, mają najwyższej jakości teleportery i rozpracują wszystko, czego dotkną.
Moim zdaniem to moja ulubiona rasa, choć szkoda, że pojawiają się tak epizodycznie…

Kategorie
Prywatnie

Jestem gównem

Ciężko mi pisać te słowa, ale trudno jest słuchać od własnej matki, że przeze mnie nie chce jej się już żyć. Tak więc pod jej nieobecność usypałam kreskę z pregabaliny, kolejne 900 mg przywaliłam doustnie, 2 mg klona, 2 mg alpry, wygrabiłam liście z podwórka…. Ja chcę stąd wyjść, serio…

Kategorie
Recenzje

Nowy podręcznik od MEN

„Departament Wychowania i Kształcenia Integracyjnego MEN udostępnia poradnik dla nauczycieli „Nowe narkotyki” opracowany w Głównym Inspektoracie Sanitarnym. Poradnik powstał w ramach zawartego 15 stycznia 2020 r. Porozumienia międzyresortowego o współpracy w tworzeniu spójnej polityki profilaktyki narkomanii wśród dzieci i młodzieży i wzmacniania jej skuteczności.
Zakres tematyczny informacji zawartych w Poradniku stanowi uzupełnienie wiedzy na temat nowych narkotyków. Zawiera on także praktyczne wskazówki do podejmowania działań prewencyjnych na poziomie profilaktyki uniwersalnej, selektywnej i wskazującej w ramach działań wychowawczo-profilaktycznych w szkole i w profilaktyce domowej. Zakres tematyczny poradnika zainteresowanym nauczycielom i rodzicom umożliwi rozszerzanie wiedzy umożliwiającej właściwe rozpoznanie zagrożeń związanych z nowymi narkotykami oraz nabycie praktycznych umiejętności do zastosowania w obliczu pojawiających się sytuacji problemowych.”

Źródło: https://www.ore.edu.pl/2020/08/poradnik-dla-nauczycieli-pt-nowe-narkotyki/

Tyle tytułem wstępu. Postanowiłam wziąć pod lupę tę publikację, bo w sumie czemu nie? Zawodowo zajmuję się korektą podręczników – to za duże słowo, bo tylko sprawdzam błędy i WCAG 2.1 to biblia w dostosowywaniu treści…
W życiu nie pisałam recenzji książki, choć w kolejce czeka cała jedna. „Dreamland” – jak to się wszystko zaczęło i o co chodzi w tym, że opioidy i zajebista kampania marketingowa OxyContinu przyczyniła się m.in. do problemu, który istnieje do dziś i wcale nie zamierza zniknąć? 600 stron reportażu, ale ja nie o tym. Na to (może) jeszcze przyjdzie czas, bo tak szczerze mó1)iąc, to trochę brakuje mi doby.
Postanowiłam przyeksperymentować i w finereaderze przekonwertowałam książkę do HTML – trochę bałaganu jest, ale czytać się da…
Najpierw wstęp:
„Zachęcam Państwa do lektury poradnika, gdyż najskuteczniejszą metodą uzyskania pożądanych zachowań zdrowotnych jest radykalne ograniczanie popytu, czyli zmniejszanie zainteresowania używaniem nowych narkotyków przez dzieci i młodzież.”. – bzdura. Chyba każdy psycholog się z tym zgodzi, prawda? To, co zakazane jest fajniejsze, a ograniczenie dostępu do wiedzy jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. Ja nie mówię o tym, by na lekcji chemii młodzi robili metylokatynon z dwóch paczek pseudoefedryny na łebka, czy uczyli się jak ekstrahować kodeinę od paracetamolu. Poznaliby wtedy niecne zastosowania filtrów do kawy, ręczników papierowych, papieru toaletowego lub koszulki, jeśli ekstrakcja odbywa się w dziwnych warunkach… Opiatowiec na dworcu ze strzykawką wbitą w przedramię (najbardziej stereotypowy obraz narkomana) nie robi już na nikim wrażenia. Podsumowując: im zainteresowanie mniejsze, tym w sumie, większe…
Słowniczek:
BLOTTER – arkusz kartonikowy, nasączony niewielką ilością substancji narkotycznej (LZD lub pochodnych) do polizania jak znaczek pocztowy. Nie to nie błąd OCR – w oryginale jest tak samo. Nie dość, że ćpuny biorą złą substancję, to jeszcze nie tak jak trzeba?
Reszta słowniczka była spoko, nawet podoba mi się definicja uzależnienia: „kompleks zjawisk fizjologicznych, behawioralnych i poznawczych, wśród których zachowania związane z przyjmowaniem substancji uzyskują wyraźną przewagę nad innymi, które były charakterystyczne dla danej osoby”.
„Maczanka – nasączane roztworem substancji narkotycznej (np. syntetyczny kannabinoid) materiały roślinne, gdzie po odparowaniu rozpuszczalnika (np. aceton) substancja czynna wytrąca się na materiale w formie drobnych kryształów.” – tak?
Trochę historii, i chyba jedno zdanie to strzał w kolano dla ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii… Sami jesteście sobie winni, panowie: „Producenci i sprzedawcy, odpowiadając na zaostrzającą się politykę antynarkotykową, stworzyli duży asortyment nowych substancji psychostymulujących, uspokajających, halucynogennych, nasennych czy euforyzujących, czyli mających właściwości narkotyczne, których wspólną cechą było to, że nie były nielegalne. W efekcie zmian rynku przestępczości narkotykowej i rosnącego zapotrzebowania na używki tego typu, pojawiały się nowe substancje psychoaktywne (NSP). W ten sposób dostarczano silnie działające środki i omijano prawo”.
Potem zaczyna się tyrada na stacjonarki, które stopniowo zamykano, reklamy alkoholu w telewizji, sposoby podawania. Pamiętam jak w gimnazjum miałam chyba 3-godzinne warsztaty na temat narkotyków z jakimś typkiem z Monaru. Teraz przypominam sobie jego prezentacje i sposób mówienia, jak stopniowo czytam tę książkę i skupiam się na jej treści. Nawet Hexen jest, czy 3CMC, omówienie betaketonów. Czekam jednak na U47700…
No i wykrakałam:
„Kolejna grupa nowych narkotyków to syntetyczne opioidy, obejmujące grupę substancji chemicznych oddziaływujących na receptory opioidowe, które pełnią istotną funkcję w regulacji odczuwania bólu. Opioidy to zarówno związki naturalne (np. morfina), półsyntetyczne (np. heroina), jak również syntetyczne (leki przeciwbólowe, m.in. fentanyl, oksykodon – pierwsze słyszę, by oksykodon był syntetyczny), o zróżnicowanej budowie chemicznej. Produkty lecznicze, oparte na substancjach z tej grupy, są bardzo powszechnie stosowane w medycynie, jednak korzystanie z nich może mieć poważne konsekwencje uboczne, które niosą ze sobą rozwój tolerancji i uzależnienia oraz depresję układu oddechowego, w wyniku której może dojść do zgonu. Nowa generacja opioidów, będących przede wszystkim pochodnymi fentanylu, zyskuje dużą popularność jako środki odurzające. Syntetyczne opioidy mogą być przyjmowane właściwie w każdej postaci: dożylnie, wziewnie (mieszanki ziołowe nasączone roztworem opioidowym – to słowo jest zbędne… inhalatory), donosowo (aplikatory), drogą doustną (proszek, tabletki) lub w postaci plastra naklejanego na skórę. Ryzyko związane z ich używaniem jest bardzo wysokie i ma związek z dawkowaniem. Najbardziej toksyczny ze znanych narkotyków – karfentanyl, – tak, byli tacy, co to testowali i przestrzegali mówiąc jednocześnie, że wtedy zwykłe opioidy działają jak antagoniści, jak nalokson. Przedziwny to związek jest 100 razy silniejszy od fentanylu i 10 tys. razy silniejszy od morfiny. 1 gram tej substancji wystarcza do przygotowania 10 tys. dawek czynnych narkotyku. Jeden z najpopularniejszych do niedawna w Polsce związków tego typu, U-47700, posiada silne właściwości przeciwbólowe; jest 7,5 razy silniejszy od morfiny. Progowa dawka substancji to ok. 2 mg (bez tolerancji). Powoduje wtedy słabe opiatowe uspokojenie. Przy dawkach 10-20 mg wywołuje opiatowe efekty euforyczne, mocniejsze niż po heroinie. Powyżej 20 mg człowiek zasypia, tak jak po znieczuleniu przed operacją. Jego czas działania jest krótszy od morfiny. Przy paleniu i podaniu dożylnym jest to 60 minut. Przy wciąganiu lub podaniu doustnym działa dłużej, bo aż do 3 godzin.” Dawki takie rozstrzelone, ale ok…
Dopalane benzo, tryptaminy, fenyloetyloaminy, te wszystkie homety – są. Co będzie dalej?
„Zdarza się, że rodzice kupują testy jako „straszak” i przechowują je, na przykład, w domowych apteczkach – na wszelki wypadek, aby młody człowiek wiedział, że dorosły w każdej chwili może go sprawdzić. Testy bez wątpienia stanowią metodę do sprawdzania zawartości substancji psychoaktywnych w organizmie, jednak należy pamiętać, że w przypadku pojawienia się problemu z substancjami psychoaktywnymi, nie powinniśmy poprzestawać tylko na ich wykonaniu. Problem zażywania substancji psychoaktywnych i uzależnienia jest sprawą złożoną, często wymagającą specjalistycznej pomocy.” – mama jeden, jedyny raz zrobiła mi test na opiaty i wyszła długa lista metabolitów. Tak, te testy są dokładne i bardzo mnie zaskoczyły. Straszenie jednak to najgorsza forma pomocy, czy też zapobiegania…
„Lufka na susz roślinny w formie długopisu. Po lewej stronie lufka rozkręcona (przed użyciem), z wkładem do pisania oraz widoczną czaszą na susz, przykręconą na miejscu włącznika długopisu. Po wyciągnięciu wkładu do pisania, wkręcenia w odpowiedni otwór srebrnej czaszy na susz roślinny (włącznika długopisu), lufka jest gotowa do użycia.” – Eh, a ja, by wypalić skręta z CBD, to używałam tylko bletki i pudełka po kodeinie jako filtra. To się nie wróci…
O kurwa: „Digitaldrugs, nazywane e-narkotykami, narkotykami cyfrowymi, smart-drugs, au-dionarkotykami lub dosami, są nowym zjawiskiem, z pogranicza świata narkotyków i świata wirtualnego. Według informacji zawartych w globalnej sieci, są to zbadane laboratoryjnie pliki dźwiękowe, rzekomo mające za zadanie „symulować doświadczenia” polegające na synchronizacji półkul mózgowych. Obsługiwane są przez specjalny program komputerowy, a rozpowszechniane przez tzw. digitaldilerów. Dzięki nim można „kontrolować wszystkie aspekty ludzkich emocji i nastroju”. Ich cena, zależna od źródła pozyskania pliku, objętości i jego rodzaju – waha się w granicach od ok. 40 do 200 złotych. Użytkownik, nazywany i-doserem, po ściągnięciu odpowiednio spreparowanych plików dźwiękowych z określonych stron internetowych, używa ich w celu osiągnięcia „świadomego snu”.” – tak, nawet w szkole był taki ewenement. Jedna z dziewcząt twierdziła, że było jej niedobrze od tych plików. Im dalej, tym ciekawiej…
„Opierając się na efektach, jakie wywołują substancje psychoaktywne, najogólniej można je podzielić na:
> STYMULANTY OUN – substancje psychoaktywne pobudzające aktywność OUN. Jest to duża grupa narkotyków, której najważniejszymi przedstawicielami są: amfetamina, metamfetamina, kokaina, narkotyki zmodyfikowane o działaniu amfetaminopodobnym (syntetyczne katynony)
> KANNABINOIDY – narkotyki modyfikowane imitujące działanie THC. Preparaty otrzymywane z konopi indyjskich: marihuana, haszysz, olej haszyszowy (syntetyczne kannabinoidy)
> OPIOIDY, do których należą: opiaty, czyli alkaloidy maku (morfina, kodeina), półsyntetyczne analogi opiatów, jak np. heroina, narkotyki zmodyfikowane o działaniu opiatopodobnym, jak np. fentanyl
> DEPRESANTY OUN – substancje psychoaktywne o działaniu tłumiącym, hamującym lub zmniejszającym przejawy aktywności OUN. Do tej grupy należą: alkohol, barbiturany, benzodiazepiny, pigułka gwałtu – opioidy też…
> ŚRODKI HALUCYNOGENNE – narkotyki, których dominującym efektem działania na organizm są halucynacje (omamy), to m.in.: LSD, meskalina, psy-locyna, a także tzw. narkotyki zmodyfikowane o działaniu halucynopodob-nym (psychotomimetyczne amfetaminy)
> INHALANTY I INNE NARKOTYKI, czyli wziewne środki odurzające: propan, butan, toluen, benzyna, aerozole, spreje oraz inne narkotyki, które nie mieszczą się w żadnej z wymienionych grup: fencyklidyna, ketamina.” – jest dysocjantem… – może się czepiam, ale taką klasyfikacje można sobie w dupkę wsadzić.
„SYNTETYCZNE OPIOIDY
obejmują grupę substancji chemicznych oddziałujących na receptory opioidowe, pełniące istotną funkcję w regulacji odczuwania bólu (morfina, heroina, fentanyl, oksykodon). Produkty lecznicze oparte na tych substancjach są wykorzystywane w medycynie, ich używanie niesie ze sobą poważne konsekwencje zdrowotne. Ryzyko zażywania jest zwiększone przez wielkość dawek tych substancji oraz ich toksyczność. Mogą być przyjmowane w wielu postaciach: dożylnie, wziewnie, donosowo, doustnie lub jako plaster naklejany na skórę.
> Objawy występujące w trakcie używania
Psychiczne: podwyższenie nastroju, euforia, problemy z koncentracją, splątanie, silne zaburzenia świadomości.
Fizyczne: spowolnienie oddechu, akcji serca, niskie ciśnienie tętnicze, zawroty głowy, brak odczuwania bólu, podsypianie, wąskie „szpilkowate źrenice'.
> Objawy po odstawieniu
Silny głód opioidów, gęsia skórka, łzawienie, wysięk z nosa, ziewanie, kichanie, rozszerzenie źrenic, nudności wymioty, bóle brzucha biegunka, bóle stawów mięśni i kości, podwyższone ciśnienie krwi, zaburzenia snu (bezsenność), zmiany nastroju z dominującą drażliwością i napadami złości, czasem z apatią.
> Długotrwałe lub intensywne używanie
Bardzo duży potencjał uzależniający; używanie powoduje szybkie pojawienie się tolerancji i uzależnienia oraz depresji czynności oddechowych. Przedawkowanie grozi śmiercią.
BENZODIAZEPINY
to grupa organicznych związków chemicznych, wykazujących działanie przeciw-lękowe, uspokajające, nasenne czy przeciwdrgawkowe. Benzodiazepiny przyjmuje się doustnie lub podjęzykowo; są nadużywane przez osoby uzależnione od innych narkotyków dla wzmocnienia stanu odurzenia, zwłaszcza po zażyciu opioidów -wówczas stosowane są dożylnie. Benzodiazepiny są wykorzystywane do zmniejszenia objawów abstynencyjnych lub złagodzenia „zejścia” po stymulantach (np. amfetaminie).
> Objawy występujące w trakcie używania
Psychiczne: ogólne znużenie, spowolnienie, senność, śpiączka, zamazana mowa, zaburzenia widzenia, zaburzenia równowagi i koordynacji, chwiejny chód.
Fizyczne: spadek ciśnienia tętniczego, hipotermia, depresja układu oddechowego. – po samych benzo, nie sądzę, ale przy benzo w miksach z innymi depresantami – tak. Pochwalam łagodzenie zejścia po stymulantach za pomocą benzodiazepin, które zostało tu wspomniane.
> Objawy po odstawieniu
Niepokój, lęk i ataki paniki, drażliwość, skłonność do irytacji, agresji, fobie społeczne, bezsenność, koszmary nocne oraz inne zaburzenia snu, osłabienie pamięci i koncentracji, halucynacje, urojenia, myśli paranoidalne, depersonalizacja. Ponadto mogą występować: bóle i zawroty głowy, drętwienie kończyn, pobudzenie psychoruchowe, skurcze mięśni, dreszcze, nieostre lub/i podwójne widzenie, suchość i metaliczny smak w ustach, bóle brzucha, mdłości, wymioty, biegunka, szumy w uszach, nadwrażliwość na światło, zaburzenia łaknienia, wzrost ciśnienia krwi i przyspieszone tętno, rumieńce, wysypki i swędzenie skóry.
> Długotrwałe lub intensywne używanie
Spowolnienie, senność, zamazanie mowy, niezborność ruchowa, zmniejszone napięcie mięśniowe, skłonność do upadków (szczególnie u osób starszych). Powszechne jest upośledzenie funkcji poznawczych, nierzadko imitujące otępienie. Wahania nastroju między drażliwością i płaczliwą a obniżeniem nastroju. >>>Zmieniają się cechy osobowości w zakresie realnej oceny sytuacji, pojawia się zobojętnienie, kłamliwość, niedotrzymywanie zobowiązań.”>>> .” – a to chyba do ogółu się zalicza, nie tylko do benzo. 😉
Przeczytałam to, jeszcze przed zajęciami i błędów merytorycznych jest jeszcze trochę, ale podręcznik się do czegoś nadaje. Ja wiem jedno: nie potrafię pisać recenzji książek 😊

Kategorie
Prywatnie

Moja wina, moja bardzo wielka wina

Właśnie siedzę przed komputerem – wypoczęta po wygrzewaniu się w Tunezji, 7-dniowy urlop dobrze mi zrobił. Zrobiłam sobie przerwę od wzorów matematycznych, opisów działu statystyki, przedziałów nieufności, czy innej łuski potylicznej (Squama occipitalis). Z lekkością przysiadłam do nowych materiałów zaraz po powrocie, jednak moja głowa zaczyna być orana na wszystkie strony.
Logiki we wpisie nie będzie, bo robię sobie krzywdę łącząc nootropy z dużymi dawkami pregabaliny. Powoli rezygnuję z klonazepamu na jej rzecz. Na NCBI natknęłam się ostatnio na podobny przypadek – kobieta ze zdiagnozowanym borderline, jakimiś zaburzeniami osobowości, lękiem uogólnionym czy innymi, przesiadła się z lorazepamu, tak po prostu na duże dawki pregabaliny, potem odstawiała w szpitalu.
U mnie zaczyna być trochę podobnie… Pamięć krótkotrwała u mnie, mam wrażenie, prawie w ogóle nie istnieje, lecz prospołeczność przybiera na sile. Pierwsze, co robię po wstaniu z łóżka to 150 mg pregabaliny w normalnych okolicznościach, a w nienormalnych, dochodzę już prawie do 2 gramów. Tolerancja szybko rośnie, ale również szybko spada – na tę chwilę jestem po prostu zafascynowana tym lekiem i jego szerokim zastosowaniem.
Pregabalina tuszuje moją depresję, zwraca mi dawną osobowość, która prawie nie pamięta o opioidach, lecz jak ktoś wspomniał o oksykodonie na moich pierwszych wakacjach „all inclusive”, głodny wzrok i fizyczny ból się odezwał. Głody niszczą, są bardzo silne, i abstynencja dla abstynencji jest do dupy, gdzie piszę, prawie wszędzie.
Do magnezu 200 mg i potasu o przedłużonym uwalnianiu dodałam CDP cholinę – 500 mg a day. Ból napięciowy po piracetamie zniknął całkowicie, szybciej przyswajam informacje, lecz nie wykluczam, że to uczucie na granicy placebo.
Wniosek: nie łączyć dużych dawek pregabaliny z lekami nootropowymi – można zrobić sobie kuku i zmarnować potencjał leków, które przecież mają pomóc w koncentracji, skupieniu i lepszym zapamiętywaniu informacji.
Po dużych dawkach funkcjonuję prawie normalnie – uśmiecham się do ludzi, chodzę trochę wolniej z racji skutków ubocznych w postaci siadania na błędnik, pracuję, lecz mam zamglony wzrok jak po ostrym przepiciu i lekko zwężone źrenice. Niektórzy już skumali ten stan, kiedy jestem pół człowiekiem, pół pregabaliną, czuję po prostu spokój, którego dawno nie zaznałam.
Idiotyczne sny w postaci: ktoś nie potrafi się wbić, moja drżąca ręka i morfina w strzykawce, moja frustracja, budzący mnie ból nadgarstków, heroina, której na oczy nigdy nie widziałam i fentanyl w przeróżnych formach, rozgryzanie tabletek oksykodonu przygotowując się do rozpoczęcia dnia, prawie zniknęły.
Lek dla odstawkowiczów? Nie. Ona niczego nie leczy, ona tylko pomaga i można wpaść głęboko w jej urokliwe działanie.
Co do nootropów, wypowiem się szerzej jak tylko skończę to błędne koło. Został mi tylko listek CDP choliny, trzeba kupić drugie opakowanie 30 tabsików. Dziwię się bardzo, że takie suplementy, choć drogie, nie są reklamowane. Przepuszcza się w eter tylko jakieś gówno typu lecytyna, która może co najwyżej pomóc na wątrobę, a mówią, że jest dobra na pamięć, suple dla studentów typu sesja z miłorzębem japońskim, żeńszeniem, kofeiną, która może pomóc w skupieniu i pójść w stronę aktywizacji przy małych dawkach, ale łatwo można ją przedawkować i wpaść w pobudzenie, rozdrażnienie i zdolności kognitywne, również spadną, bla bla… A taki Citotrop, z którego korzystam ja, nie żadne swansony czy inne suple zamawiane ze sklepów z adaptogenami czy suplami dla karków, to niepozorny dodatek do wszystkiego z rodziny racetamów czy innych substancji nootropowych.
Kończąc, bo wpadam w dysocjację i moja klawiatura wydaje się nie stawiać oporu pod palcami, jest miękka i bardzo przyjemna w dotyku, powiem jeszcze raz: nie łączyć benzo, alko, czy innych pregabalin/gabapentyn z nootropami. Oczywiście mówię o dawkach rekreacyjnych, nie terapeutycznych.
Jutro, oczywiście, wracam grzecznie do brania terapeutycznego – mam nadzieję…

Kategorie
Prywatnie

Bilans zysków i strat – jak ćpanie zmienia postrzeganie świata.

Zaczyna się od gadki – "ja się nie wjebię", "ja mam nad tym kontrolę", "mnie to nie dotyczy". Potem zaczyna się sięganie po więcej. Zaczyna się złość, złość, którą nie zawsze można przekłuć w coś dobrego, głód, depresja, bez tabletki czy strzała nie funkcjonujesz. Dochodzi się do momentu, kiedy słowa terapeuty "to złudne poczucie szczęścia i stałego porządku" nie trafiają do głowy. Liczy się tylko kolejna dawka, rozluźnienie, zaspokojenie, założenie maski i funkcjonowanie wśród ludzi – do czasu.
Nie zdawałam sobie sprawy, że uzależnienie od opioidów czy benzodiazepin jest tak problematycznym zjawiskiem dopóki nie usłyszałam o liście osób czekających na program metadonowy (600 osób w samym Wrocławiu), w mieście, w którym przez bardzo krótki czas byłam. Program dwunastu kroków przewiduje w kroku pierwszym przyznanie się do bezsilności wobedz swojego uzależnienia – i to nie ma nic z użalania się nad sobą. To potwierdzenie faktu. Na podstawie tego kroku postanowiłam wypisać bilans zysków i strat, który mnie bardzo przytłoczył.
Zyski:
* Brak chęci przyjęcia jakichkolwiek opioidów, bo ciągle je dostarczamy.
* Euforyczny, pierwotny, lub sedatywny błogostan, ten opioidowy kocyk, zpod którego trudno wyjść.
* Większa pewność siebie i motywacja.
* Pozorna normalność.
* Zanik głodu, co może być przydatne (czasem).
* Podatność na bycie ekstrawertykiem, bo opioidy to idealne narkotyki dla samotnych, nieśmiałych osób.
* Prymitywna, pierwotna przyjemność.
* Zanik bólu, fizycznego, strasznego i nie do zniesienia.
Straty:
* Pogorszenie kontaktó z bliskimi.
* Zaniedbywanie obowiązków w szkole, pracy, gdziekolwiek, nawet wobedz samego siebie.
* Straty finansowe.
* Rezygnacja z pasji, tych małych lub dużych rzeczy, z których czerpaliśmy poprzednio przyjemność.
* Pogorszenie się zdrowia fizycznego po długoletnim przyjmowaniu opioidów.
* Skutki odstawienne, lecz one są najmniej ważne – przy odpowiedniej obstawie lekowej da się je trochę zniwelować.
* Życie kręcące się tylko wokół ćpania.
* Niepewność źródeł i podatność na zatrucia opioidami z ulicy (ostatnio nawet do Polski dotarła heroina z fentanylem). Myślałam, że takie rzeczy, to nie u nas, bo za drogo.
* Konkretne upierdolenie układu nagrody, nawet orgazm nie daje takiej przyjemności, co kiedyś, bo endogenne opioidy nie wyrabiają, obok oksytocyny, dopaminy, i innych rzeczy.
* Niepokój, gdy źródła się kończą. Chociaż ja potrafię załatwić receptę na benzodiazepiny w 15 minut, a nie potrafię wypełnić wniosku w urzędzie – ot taki paradoks.

Więcej nie mogę, bo właśnie płynie we mnie 10 mg klona i 750 mg pregabaliny. Eh, mówiłam, że już porzucę ten zestaw, ale pregabalinowa rzeczywistość, jak już mówiłam, niezwykle mnie wciągnęła. Odstawiłam duże dawki cold turkey, i leżałam w depresji przez bite 2 tygodnie, do zaskoczenia kolejnych ośmiu dawek pregabaliny po 2x 300 mg. Kończę, bo powieki robią się ciężkie. Druga paczka klonów leży w szufladzie i czeka…

Kategorie
Prywatnie Recenzje

Pregabalinowe impresje

Pierwsze podejście do pregabaliny w dawkach 2x 75 mg zaczęłam równy rok temu. Jednak to był swego rodzaju falstart, ponieważ nawet przy takiej małej dawce skutki uboczne były po prostu nieznośne: poszatkowanie pamięci, zapominanie słów, dziwne parestezje: jednego dnia nie czułam prawej nogi od uda do kolana, drugiego zaś drętwiała mi warga. Nie mogłam wykorzystać jej pełnego potencjału, ponieważ dawka była za mała, i reakcje były zbyt gwałtowne. Odstawiłam zaledwie po miesiącu czy dwóch miesiącach użytkowania – bez żadnego problemu.
Mój ówczesny zestaw leków:
• Betahistyna 2x 24 mg;
• Piracetam 2x 1200 mg;
• Tianeptyna 2x 12,5 mg, lecz projekt został porzucony, ponieważ dowiedziałam się, że może działać jako w pełni syntetyczny opioid, z w pełni syntetycznym euforyzująco-sedująco-otępiającym działaniem. Koncept terapeutycznego używania tianeptyny został więc porzucony;
• Klonazepam – wtedy 0,5 mg (1 mg podczas ataku) – spisujący się bardzo dobrze, co już omawiałam;
• Prometazyna 25 lub 50 mg – a to podczas ataku, a to na podbitkę kodeiny. Narkus zawsze coś skombinuje…
W międzyczasie byłam na kontroli w IFPS (Instytut fizjologii i patologii słuchu). Tam powiedzieli mi, że dawka pregabaliny była zbyt mała by zatrzymać ból przewlekły i zapobiec kolejnym atakom migreny przedsionkowej. Poszłam tam również do neurologa, który powiedział praktycznie to samo i dał mi topiramat i almotryptan – potężny zestaw, który wraz ze zwiększaniem dawki o 25 mg zrobił ze mnie – nawet nie potrafię tego określić. W każdym razie było źle. Doszło do myśli samobójczych, wizji miksu świętej trójcy depresantów (opio, alko, benzo), i utopienia się w wannie po zaśnięciu dla pewności – oops… Czy to nie brzmi znajomo? W każdym razie nie interesowałam ani nie inspirowałam się Whitney. 😉
Pregabalina wróciła do mnie w kontekście skręta po moich zabawach z oksykodonem, dihydrokodeiną i kodeiną na wejściu. W nocy, gdy pobudzenie psychoruchowe nie dawało mi zasnąć wysępiłam od lekarza mającego wtedy dyżur 75 mg pregabaliny. Nie wiem czy to była autosugestia, czy normalne działanie, lecz po poczuciu charakterystycznych problemów z błędnikiem przy pierwszych dniach używania leku lub zwiększania dawki rowerek i inne nieprzyjemności zniknęły. Dowaliłam jeszcze piątką diazepamu i mogłam już zasnąć bez większych problemów.
Opis typowo techniczny:
Wykorzystuje się ją wiadomo – przy epilepsji z napadami częściowymi (mierne rezultaty), w lęku uogólnionym (najlepsze rezultaty), i w różnych neuropatiach/neuralgiach (również bardzo dobre rezultaty). Pregabalina jest pochodną GABA, nie działa ani na GABA A, ani na GABA B, nie jest agonistą tego receptora – NIE działa jak typowe GABA-ergiki. wiąże się natomiast, z białkami w obrębie podjednostki α2δ, nie działa (zupełnie) na kanały sodowe.
Pregabalina w praktyce:
Po detoksie wyszłam z dawką 300 mg/d. Z początku działała aktywizująco i prospołecznie. Mogłabym powiedzieć, że tak szybkie podnoszenie dawki i konsekwentne zażywanie (bez wyskoków) wybawiło mnie od depresji, wielomiesięcznej depresji po odstawieniu opioidów. W moim odczuciu – wpłynęła też na potrzebę zażywania narkotyków: otworzyła na ludzi, zmniejszyła głody i uwolniła umysł – oczywiście do czasu…
Nastał kryzys. Rozstałam się z chłopakiem, więc nawrót, pierdolony nawrót i potężne głody, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić. Zaczęłam więc zażywać pregabalinę rekreacyjnie (początkowo 600 mg), potem 900 mg. Niestety – natura ćpuna czasem popycha do niepotrzebnego zwiększania tolerancji. Znów sięgnęłam po opioidy (najpierw kodeina, potem oksykodon). Nie jadłam tydzień, znów zaczęłam nadużywać również klonazepamu (pregabalina i klonazepam bardzo dobrze się uzupełniają, w moim odczuciu). Nikotyna też jest dobra na podbitkę pregabaliny (dopamina, serotonina), u mnie uruchamiała falę euforii – najbardziej po sniffowaniu tabaki, lecz dym z fajka też nie był zły do tych celów. 😉
Pregabalina w dawkach pozaterapeutycznych wyłącza lęk całkowicie, podnosi pewność siebie i włącza prymitywne myślenie. Wychodząc na miasto po dawce 900 mg, zataczając się i mówiąc „ociężale i powoli” jak ostatni menel i żul wsiadłam obcemu chłopu do auta i poprosiłam by obskoczył ze mną 4 apteki w poszukiwaniu kodeiny. Nie zamykałam mieszkania, pamięć krótkotrwała również zataczała się i szła w dół, prawie się wyłączała całkowicie. Zapominałam o tym, co powiedziałam przed chwilą, zapominałam o podstawowych rzeczach.
Skutki zażywania rekreacyjnego pregabaliny:
Zaczęłam puchnąć, więc przy takim maratonie z brakiem przyjmowania pokarmu i na ciągłym, pregabalinowym haju dowaliłam 500 mg acetazolamidu, co pozbawiło mnie czucia w kciuku oraz palcu serdecznym i małym ręki prawej na prawie dwa tygodnie, dopóki nie zaczęłam suplementować potasu i nie dostałam kroplówek z PWE i magnezem na jednym z wrocławskich sorów. Nie wylądowałam na sorze przez niedobory, lecz przez potężny atak Meniere’a, który doprowadził mnie do nagłej utraty słuchu do zera i oprócz PWE i magnezu, musiałam jeszcze dostać dexametazon i.v. – nie do jamy bębenkowej.
Wracając do rodzinnego domu na zapadłej wsi, porzuciłam myśl brnięcia coraz bardziej w dawki rekreacyjne pregabaliny – przecież takie atrakcje (zataczanie się, zawroty głowy, wrażenie alkoholowego upojenia), to ja mam na trzeźwo i na co dzień, gdy jestem w ostrej fazie problemów przedsionkowych. Jednak gdy znów głowa powiedziała mi o opioidach, znów pojechałam z nią ostro.
• Dzień 1: 900 mg pregabaliny, 72 mg betahistyny, 75 mg cynnaryzyny, 2400 mg piracetamu, potas SR: pracuje mi się jakby lepiej, zajmowanie się czymkolwiek sprawia mi przyjemność. Nieprzytomny wzrok, źrenice jakby zwężone, zagłuszona chęć przyjęcia opioidów.
• Dzień 2: 1,2 g pregabaliny, 72 mg betahistyny, 75 mg cynnaryzyny, 2400 mg piracetamu, potas SR: za dużo – po prostu za dużo. To była dawka wręcz amnezyjna. Znów przeorało mi pamięć krótkotrwałą, ale wykonywałam swoją pracę również bez większych problemów. Praca fizyczna też wydawała mi się lekka, łatwa i przyjemna.
• Dzień 3: 1,2 g pregabaliny, 72 mg betahistyny, 75 mg cynnaryzyny, 2400 mg piracetamu, 500 mg acetazolamidu, 20 mg cetyryzyny, potas SR: pojawiła mi się dziwna wysypka na twarzy, lecz antyhistamina ją zbiła, a acetazolamid pomógł trochę z puchnięciem w coraz szybszym tępie. Dociera do mnie, że używanie pregabaliny w dawkach pozamedycznych jest bezsensownym pomysłem, lecz…
• Dzień 4: 1,5 g pregabaliny, 72 mg betahistyny, 75 mg cynnaryzyny, 2400 mg piracetamu, 500 mg acetazolamidu, 30 mg cetyryzyny, potas SR: Wrażenia jakby takie same. Pregabalinowa rzeczywistość jest jakby wciągająca i przedziwna. Nie mam CEVów, tym bardziej OEVów, lecz może to wynikać z mojego nerwu wzrokowego. Work work work! Poprawiaj jednocześnie tekst i kod HTML… Lecz jest mi dobrze, jest mi przyjemnie i miło, to jest taka jakby izolacja od świata zewnętrznego, od problemów i innych takich. Jednak bardzo szybko po takiej dawce, zaciągnęło mnie do łóżka.
Potencjał uzależniający pregabaliny:
Na początku zaznaczę, że lek należy odstawiać stopniowo i powoli (ucinając 75 mg np. co 2 tygodnie).
Pregabalina uzależnia stosunkowo słabo psychicznie. Zwolennicy pozamedycznego użycia nudzą się szybko jej rekreacyjnym działaniem – lekką dysocjacją, wrażeniem podpicia alkoholowego, zmianą percepcji. Objawy uzależnienia fizycznego są natomiast, mogłabym powiedzieć, że inne u każdego. Wspólną cechą są objawy z odbicia, objawy zaburzeń, na które lek był stosowany. Uzależnieni donoszą o anhedonii (przeciwieństwo aktywizacji i euforii), odczuwaniu bólu fizycznego (działanie "przeciwbólowe" pregabaliny), lęku (działanie przeciwlękowe), biegunkach, rozbiciu ogólnym, objawach grypopodobnych, bezsenności, pobudzeniu psychoruchowym… Będąc szczerą – z opisów przypomina mi to trochę, jakby zespół odstawienny po opioidach, lecz o wiele gorszy. Przyjęło się, że odstawianie modulatorów GABA jest z reguły cięższe, niż samych opioidów. Jeśli uzależniony używał pregabaliny z gabapentyną, by uzyskać trochę "synergistyczny" efekt, objawy odstawienne mogą być jeszcze bardziej nasilone. Wszystko zależy od długości stosowania i od dawek, z których się schodzi. Warto zaznaczyć, że raczej nie można odstawiać pregi benzodiazepinami (to ostateczność), natomiast benzodiazepiny pregabaliną już można. Pregaba może zwiększyć potencjał diazepamu na końcu odstawiania i spowodować aktywizację, powrót chęci do życia, tak jak u mnie – "zwróciła mi życie".
Pregabalina i mój umęczony błędnik:
Muszę zaznaczyć, że 2 mg klonazepamu oraz 300 mg pregabaliny podawane w ciągłości przez miesiąc wpłynęło bardzo dobrze na głośność szumów i intensywność ataków. Mogłabym powiedzieć, że było mi dobrze z takim stanem rzeczy. Migreny się wyciszyły, pływające zawroty głowy (dizziness) również, zawroty głowy przy atakach (vertigo) zaczęły być mniej intensywne. Myślałam już, że wchodzę w remisję choroby. Po kilku większych i mniejszych atakach jednak, porzuciłam moje nadzieje.
Podsumowanie:
mam wrażenie, że mechanizm działania pregabaliny jest nie do końca poznany. To substancja o działaniu skomplikowanym bardziej, niż się innym, mądrzejszym ode mnie wydaje. Szukałam nawet czegoś o pomniejszym działaniu na receptory opioidowe, i na jakimś NCBI chyba, nie tylko ja miałam taki pomysł. Wykonano badania i (z tego co zrozumiałam, choć to może byćkompletny bullshit), wykazano słaby agonizm receptorów opioidowych. Tym czasem, czekam na kolejne opakowanko Egzysty i wrócę grzecznie po dwóch czy trzech tygodniach do stosowania terapeutycznego. 😉 

Kategorie
Recenzje

klonazepam, klony, kloniki – droga w jedną stronę. Czy na pewno?

Klonazepam gości w moim „jadłospisie” już od ponad roku. Nie – nie weszłam w pełni w benzodiazepinową czeluść bez dna, ze zwiększającą się tolerancją, opierdalaniem połowy blistra dziennie, jednak niemalże dostaję ataku paniki, gdy te sympatyczne tabsiki się kończą. A dlaczego go dostaję? Bo to jedyna, podkreślam, jedyna substancja, która jest zdolna do przyciszenia szumu, wyciszenia drgawek i spowolnienia zawrotów głowy przy ataku choroby Meniere’a lub migreny przedsionkowej.
Szczerze mówiąc – nie odróżniam jednego od drugiego. Gdy przychodzi atak mogę poznać tylko po problemach z równowagą i niedosłuchem, że to Menier, a przy migrenie zawroty są inne – to jak wznoszenie się w górę, ciągłe, z bólem głowy, któremu nie życzę nikomu.
Miało być o klonazepamie – jak sprawdza się w praktyce?
Pierwsze opakowanie dostałam tak – od psychiatry. Nie kłamałam, że mam lęki, że nie mogę spać, jeść, że potrzebuję czegoś działającego tu i teraz zamiast SSRI lub SNRI, nie kłamałam, że jestem psychicznie chora. Powiedziałam natomiast, że jestem fizycznie chora. Weszłam zmęczona, spięta i zrozpaczona perspektywą życia z nieuleczalną chorobą. Mówiłam też, że próbowałam relanium (diazepamu) w dawce 5 mg i coś tam drgnęło.
Wizyta okazała się udana – dostałam moje pierwsze opakowanie klonazepamu, wtedy jeszcze w dawce 0,5 mg, by poskromić jedną z najsilniejszych benzodiazepin aptecznych i zacząć łagodnie. Podziałka na 4 części, charakterystyczny krzyżyk na tabletkach zarówno 0,5 mg jak i 2 mg powinien dać już do myślenia jak silnym związkiem dysponujemy.
Zaczęłam łagodnie wrzucając pod język pierwszą tabletkę w życiu obok krakowskiego dworca. Poczułam, jak bym jadła tic-taca z powodu charakterystycznego smaku tego związku. Zakręciło mi się w głowie, napięcie ustało, źrenice normalne, lecz feeling – wróciłabym do tych pierwszych razów z miłą chęcią… Od razu załączyła mi się ta klonazepamowa „euforia” – charakterystyczna dla pierwszych podań. Szum w uchu zmalał na tyle, bym mogła się cieszyć. Miałam wrażenie, że jak bym wtedy poszła na jakąś ogólno-gównianą imprezę, to brylowałabym w towarzystwie swoimi „błyskotliwymi” podsumowaniami lub bez problemu włączała się tak po prostu w dyskusję, bo ludzie czasem rozmawiają o byle czym. Ja zawsze potrzebuję konkretów – tu i teraz, w trybie instant. Kupiłam bezalkoholowe piwo i rozkoszowałam się chwilą. Po prostu siedziałam i cieszyłam się niezmąconym spokojem, cieszyłam się jak widziałam psa srającego na trawę, cieszyłam się jak widziałam ludzi, wydaje mi się, że równie szczęśliwych jak ja, którzy przechodzili obok. To było jedynie 0,5 mg.
Teraz technicznie: 0,5 mg klonazepamu to 10 mg diazepamu, a 1 mg to 20 mg i tak dalej. Tabela równoważności benzodiazepin, lub jak kto woli – benzo equivalence table nie kłamie w żadnym wypadku. Mamy do czynienia z potężną kosą anksjolityczną i przeciwdrgawkową. Zaczęłam więc, tak sobie pykać ten klonazepam przy przeładowaniach sensorycznych, przy stresujących sytuacjach, przy głośnych szumach w nocy po wyczerpującym dniu, podczas ataku zwiększałam dawkę do 1 mg, a na kaca kolejne 0,5 mg. Jedno opakowanie starczało mi na dwa miesiące, i do tej pory tak jest – w sumie.
Jestem wdzięczna psychiatrze za pierwsze opakowanie. Nie wiedziała nawet jaką ulgę mi sprawiła. Po miesiącu przychodząc do niej na wizytę kontrolną stwierdziła, że jestem całkiem inną kobietą. Czy miała rację?
Zaliczyłam kilka opakowań po 0,5 mg, lecz kierując me kroki do lekarza rodzinnego dostałam dawkę 2 mg – zupełny przeskok, to przecież 3x więcej. Wrzuciłam, znów podjęzykowo tabletkę czekając na żarełko w jednej z knajp. W krwiobiegu krążyła jeszcze kodeina zdemetylowana do morfiny przez moją uczynną wątrobę. Poczułam się senna, spokojna i, jak kompletnie zdrowy człowiek. Cisza – to dar, który trzeba doceniać.
Teraz subiektywnie:
To nie jest tak, że jak weźmiemy tabletkę, zrobimy zastrzyk domięśniowo lub dożylnie z ampułki podczas ataku będzie można potem wstać jakby nic się nie stało. Potrzeba czasu. Klonazepam jest tylko dodatkiem, to taki „zawór bezpieczeństwa”, który można podkręcić by poczuć się lepiej na prawie 12 godzin, a potem prawie dwa dni czasu półtrwania. Laryngolog powiedział mi, że to trochę robota głupiego, bo benzodiazepiny spowalniają proces kompensacji po ataku. Tak i nie – nie ma wiarygodnych badań, które by to potwierdzały. Jest jednak niepodważalny dowód, że klonazepam hamuje sygnały z nerwu przedsionkowego, wstrzymuje go. W migrenie zawroty głowy ulegają u mnie znacznej poprawie, ponieważ to problem neurologiczny, mój kolega Menier to problem otolaryngologiczny – stąd różnica, że klonazepam może tylko spowolnić atak i spowodować dłuższe odchorowywanie. Z jakichś badań wynika, że pacjenci uzyskali znaczną poprawę używając klonazepamu w połączeniu z pregabaliną. Ja również podawałam przez równy miesiąc 2 mg klonazepamu i 300 mg pregabaliny i takiej ciszy życzę każdemu, jednak trzeba pamiętać, że ta cisza ma swoją cenę. Leki z grupy benzodiazepin mają, powiedziałabym, większy potencjał uzależniający niż alkohol, niż opioidy, niż stymulanty… Trzeba się pilnować, bo schodzenie z GABAergików jest bardzo nieprzyjemne, plus kompletny rozpierdol ośrodkowego układu nerwowego (OUN). Hmm… Gdybym pisała w HTML, to napisałabym może tak: <abbr title="ośrodkowy układ nerwowy">OUN</abbr> – heh, robotę jeszcze mam w głowie. Proszę o wybaczenie.

Teraz będzie trochę mroczniej: ostatnio, gdy byłam na odwyku, to w rozpoznaniu wpisali mi politoksykomanię – naprzemienne używanie substancji psychoaktywnych. F19.2 stało na wypisie jak, za przeproszeniem, drut, a to nie prawda. Ja jestem uzależniona wyłącznie od opioidów, które czasem, czasem, nabierając doświadczenia mieszałam z klonazepamem, by zobaczyć jak to jest. W końcu, może w kwestiach farmakologicznych nie działamy synergistycznie, bo opioidy to receptory opioidowe, a modulatory GABA to modulatory GABA, lecz obydwa działają depresyjnie na OUN.
Gdy brałam topiramat zaczęłam nadużywać klonazepamu. 4 mg, 6 mg, 8 mg, największą dawką, jaką wzięłam to było 10 mg podlane jakąś zabawną małpką. Topiramat zrobił ze mnie podczłowieka, amebę umysłową. Gdybym nie używała klonazepamu, to wylądowałabym na oddziale psychiatrycznym, w pasach i pampersie krzycząc i płacząc.
Podsumowanie: warto, jednak należy obchodzić się z nim bardzo ostrożnie. Ja nie poszłam w tę drogę w jedną stronę, a było bardzo blisko. Nauka nic lepszego jeszcze w tej kwestii nie wymyśliła. Różni mądrzy nie wiedzą jak zapobiegać zjawisku tolerancji. Gdyby to wiedzieli, świat stałby się o wiele prostszy 😊

Kategorie
Prywatnie

„Comfortably numb”

Ten tekst to takie podsumowanie mojej drogi, pełna konfrontacja ze samą sobą, w pewnym sensie usprawiedliwienie, a w pewnym wyjaśnienie silnych odczuć i emocji. Wydarzenia mogą być niepoukładane chronologicznie. Klimaty neurogroove za 3… 2… 1…

Przewlekły ból głowy niereagujący na tryptany czy inne niesteroidowe leki przeciwzapalne zmusił mnie pewnego dnia do pójścia do apteki po kodeinę. Był to mój pierwszy kontakt z opiatami. Miałam nadzieję, że wtedy wszystkie moje problemy się skończą. Nie mogłam tak dalej żyć. Ból miał coraz bardziej destrukcyjny wpływ na moją psychikę, na dyspozycyjność i odczuwanie przyjemności z czegokolwiek, a świadomość, że nic z ogólnodostępnych rozwiązań nie pomagało nie była pocieszająca w żaden sposób.
Z opiatami jest tak, że pierwszy raz jest nie wart wspominania, za to następne i następne wspomina się coraz przyjemniej z uśmiechem na twarzy. Tak było i w moim przypadku. Nie sprawdza się tu powiedzenie, że pierwszego razu się nie zapomina. Receptory opioidowe muszą się aktywować w pełni, by substancje powiązane z nimi pokazały swój pełny potencjał analgetyczny i narkotyczny.
Wstałam zaniepokojona, a jednocześnie podekscytowana. Głowa napierdalała od rana. Miałam akurat wolny dzień, więc postanowiłam to wykorzystać na eksperyment. Zjadłam niewiele, wzięłam moje stałe leki, zapiłam wodą, zastanowiłam się co właściwie robię ze swoim życiem. Przecież ludzie są w stanie zrobić wszystko dla opioidów, a skłonność do uzależnień u mnie jest dziedziczna. Chuj tam, chcę sobie pomóc. To był mój priorytet.
Pierwsze 150 mg zadziałało przeciwbólowo po parunastu minutach od podania. Popłakałam się wtedy ze szczęścia. Źrenice zwężone, więc zaczęła rzeczywiście działać. Stałam się ociężała. Chodząc lub używając rąk miałam wrażenie, jak bym poruszała się w jakiejś ciepłej, gęstej mazi. Rozleniwiłam się, a przecież chciałam wykorzystać dzień wolny i do tego bez bólu jak najlepiej. Nie miałam pojęcia, że leżenie w łóżku może być tak przyjemną czynnością. Żadnego noddingu, żadnych efektów specjalnych, tylko tak jakoś zlewałam się z otoczeniem. Gładziłam ścianę w skupieniu. Była interesująca w dotyku, nawet moje myśli zwolniły. Nie byłam przyzwyczajona do takiego stanu, bo przecież stres i gonitwa myśli to moja codzienność. Już w tamtej chwili wiedziałam, że to na pewno nie będzie nasze jedyne spotkanie, i nie myliłam się.
Następna próba z kodeiną w dawce 450 mg została przeprowadzona zaledwie tydzień później. Wiedziałam już, że dostaję to co chcę, że przestaje boleć, a ja wtedy jestem szczęśliwa. Podanie zaplanowałam znowu na dzień wolny – nie byłam pewna jak zareaguję na dwukrotnie większą ilość.
Rozłożyłam dawkowanie w czasie, 150 mg co 5 minut. Tym razem nie była dla mnie delikatna. Pokazała do czego jest zdolna – uderzyła z całej siły, zalała przyjemnością i ulgą, zatraciła w sobie. Zanoddowałam kilka razy dość głęboko. Nodding to krótkie przysypianie z wizjami sennymi różnego rodzaju. Nie można zapominać, że to cienka granica pomiędzy przyjemnością a przedawkowaniem. Powracanie do świadomości przypominało chwile zaraz po szczytowaniu. Zwykła przyjemność wynikająca z różnych zdarzeń w życiu w tamtej chwili straciła na znaczeniu. Nagle zrozumiałam dlaczego ludzie oddają wszystko za mocniejsze środki tego typu. Tracą wszystko, tracą nawet człowieczeństwo, bo nie chcą przerywać tego błogostanu. Potem boją się siebie, mają wyrzuty sumienia, nienawidzą siebie, ale nie umieją inaczej, bo to ich całe życie.
Z czasem kodeina stała się towarzyszką samotnych wieczorów, ja byłam jakby szczęśliwsza. W międzyczasie dostałam antydepresant, który w dużych dawkach też działa na receptory opioidowe, więc jak nie miałam jednego, to używałam drugiego – Polak potrafi. Miałam efekty jak te wszystkie wyśnione, wymarzone continusy, tylko bez continusów. Chyba wtedy doświadczałam najgłębszego i najprzyjemniejszego noddingu w życiu. 250 mg, 500 mg, 1 g, 1,5 g, 2,5 g czyli 180 tabletek zjedzone w ciągu dwóch godzin. Nie mogłam się nadziwić, że tolerancja rośnie tak szybko. Przypominam: dawka terapeutyczna to 2x lub 3x 12,5 mg. W praktyce to microdosing opioidu.
Nie zauważyłam, że zaczęłam być w ciągu – stałam się jednym z opiatowców, którzy zrobią wszystko dla następnej dawki.
Potem przyszedł czas na tramadol, który ma tylu zwolenników, co przeciwników. Ja jestem po tej drugiej stronie. To jakiś pseudo opioid. Przeciwbólowo działa nawet dobrze, lecz inne doznania to nachalny, serotoninowy headrush. Nie można też zapomnieć o ryzyku napadu padaczkowego przy dużych dawkach z powodu obniżonego progu drgawkowego. Raz się o tym przekonałam, kiedy zapomniałam o klonazepamie do dużej dawki tramadolu i dostałam napadu toniczno-klonicznego ze wszystkimi atrakcjami w pakiecie. Utrata przytomności, drgawki, nie do końca świadomy, nawet zupełnie nieświadomy postictal, i powrót. W tamtej chwili pożegnałam się z tramadolem raz na zawsze. Pomimo bardzo łatwej dostępności nie skorzystałabym z recepty na tabletki zwykłe, tabletki retard, preparaty złożone z paracetamolem, do którego potrzebna była umiejętność robienia ekstrakcji i specjalnego przygotowania tabletek lub buteleczkę 96 ml z dozownikiem zabezpieczonym tak, że nawet strzykawką z igłą nie mogłam się przebić przez jego budowę. Czasem podbijałam nim działanie kodeiny, to połączenie upodobałam sobie wtedy najbardziej.
Kodeina stała się więc lekiem podstawowym. Były momenty, kiedy działała bardzo dobrze, były też takie, kiedy nie zadziałała w ogóle. Taka już jej niestabilna natura. Jest silna na tyle, by przekonać do siebie, a jednocześnie jest subtelnym środkiem. Po mamie morfinie odziedziczyła urok osobisty i główny metabolit. Rodzaj żeński chyba zobowiązuje – czasem jej odjebało, strzeliła focha, a następnego dnia zmieniała zdanie. Zupełnie jak kobieta. Jej mama o wiele lepiej wywiązuje się ze swoich głównych celów, ale chyba uwielbia patrzeć jak szczególnie niedoświadczeni z jej powodu wymiotują. Obie to toksyczne kurwy ze skłonnościami do czerpania dzikiej przyjemności z uzależniania od siebie, na to wychodzi.
PST – szukałam maku na sklepowych pułkach jak głupia. Płukałam, zapijałam tym kodeinę. To jak upijanie się tanim winem. Dzisiejszy mak jest wart tyle, co nic. Nie można zapominać, że pijąc taką herbatkę z maku przyswajamy wszystkie alkaloidy opium. Reakcje histaminowe były tak przyjemne, że doprowadziły mnie do ran na plecach, rękach, pośladkach…
Przyszedł pierwszy skręt: zrozumiałam, że jestem uzależniona, że potrzebuję pomocy, że ciało domaga się kolejnych dawek. Pomimo wbrew pozorom łagodnego, kodeinowego skręta byłam w rozsypce, bezpośrednio wpłynęłam na endogenne opioidy podając egzogenne odpowiedniki. Produkcja endomorfin i innych opioidów w moim organizmie ustała. Po odtruciu wytrzymałam trzy miesiące, dokładnie trzy. Mogłoby się wydawać, że długo – wcale nie.
Trzy miesiące abstynencji, i znów kodeina jak tylko wysiadłam na dworcu, na którym są dwie apteki, w przejściu kolejne 4. Leciałam tak niepotrzebnie podbijając sobie tolerancję, pragnąc tego pierwotnego szczęścia, większego niż to, którego doświadcza trzeźwy człowiek. Stwierdziłam, że pójdę trochę wyżej, podniosę poprzeczkę i drabinka analgetyczna pójdzie znów o stopień w górę.
Potem zaczęłam brać dihydrokodeinę o bardzo niskiej biodostępności, lecz trochę mocniejszą od kodeiny – sedacja, nic poza tym. Nadaje się tylko do podbijania lub przedłużania działania mocniejszych opioidów.
Sięgałam ciągle po więcej. Podniosłam poprzeczkę jeszcze wyżej.
Morfina – trzymałam blister MST 200 mg nie wierząc własnym oczom i rękom. To naturalna, pierwotna sedacja mieszająca się z euforią. Podania doustne, podania per rectum, by zwiększyć biodostępność. Preparowanych tabletek nie należy podawać podskórnie, choć morfina po takim podaniu ma dostępność podobną do podania dożylnego.
Oksykodonowa euforia, to rzecz przereklamowana – mogłabym powiedzieć. Znów patrzyłam na blister Oxy Continu nie wierząc, że udało mi się tę substancję zdobyć. 40 mg, 80 mg, 160 mg, 240 mg – tolerancja rośnie w tempie błyskawicznym, podobnie jak ze wspomnianą wcześniej tianeptyną. Przedłużałam działanie oksykodonu dihydrokodeiną tracąc przy okazji bliskie mi osoby. Nie dostrzegałam tego – pogoń za szczęściem była ważniejsza.
Połączenia, których należy się wystrzegać przetestowane organoleptycznie:
• 8 mg klonazepamu z alkoholem.
• 6 mg klonazepamu z alkoholem i pregabaliną.
• Diazepam lub klonazepam z oksykodonem.
Jestem Karina – jestem uzależniona. Tak przedstawiałam się na spotkaniach anonimowych narkomanów, by zdobyć motywację, by zobaczyć, że da się wrócić „bezboleśnie” do starego życia. Opioidy to samotność, to psychiczny ból, to nienawiść do samego siebie, to w żadnym wypadku nie powód do dumy.
Po detoksie w szpitalu zaczęłam żebrać o program substytucyjny, bo głody mnie wykańczają z egzystencją z dnia na dzień. Bardzo miła pani terapeutka wpisała mnie na listę osób czekających na metadon, lista liczy 600 osób. Wpisałam się w mieście, z którego się wyprowadziłam i zapewne zostanę wykreślona, bo nie chodzę na terapię. Jestem, wspomagam się dużymi dawkami pregabaliny, czasem alkoholem, czasem benzodiazepinami, szukam środka zastępczego. To pętla, z której ciężko wyjść. Nawet teraz po ponad gramowej dawce pregabaliny piszę ten wpis. Czuję lekkie otępienie, problemy błędnikowe i jestem zmęczona, po prostu zmęczona.

Kategorie
Recenzje

Setup Tour – biurko i nie tylko.

Postanowiłam zrobić mały setup tour, jak robią niektórzy – spis sprzętu, który spisuje się u mnie na co dzień i nie mam z nim żadnych problemów, prócz pomniejszych, o których wspomnę.
Jak topowo, to topowo – kierując się tą myślą kompletowałam mój aktualny zestaw przez dwa lata. Poważne zmiany zdarzyły mi się w roku 2019 i 2020.
Co i jak?
Do pracy na co dzień kiedyś służył mi Lenovo Y700, którego próbuje odziedziczyć moja mama, lecz bardzo średnio jej to wychodzi. Lenovo więc leży w pokrowcu i czeka na swój czas. Laptop krzyczy z daleka, że ma gamingowy charakter poprzez czerwone maskownice głośników, specyficzny design zawiasu i czerwone podświetlenie klawiatury. Jest również aluminiowy – klapa na pewno, spód podlega dyskusji. Niektórzy twierdzą, że to plastik. Spód był jednak zimny i metaliczny, gdy dotykałam go ręką.
Specyfikacja i moje spostrzeżenia:
• Procesor: Intel Core I7 6700 HQ;
• Dyski są dwa: SSD na system to Crucial MX 300 montowany osobno, z którego osiągów byłam bardzo zadowolona. Cena tego dysku też była bardzo rozsądna; 😊 HDD to zapewne jakiś WD z wyłączającą się co chwilę głowicą. Tego nijak nie mogłam zmienić, choć służy do tego oprogramowanie – tylko do następnego restartu dysk zachowuje się tak, jak ustawię parametry.
• 16 GB RAM DDR 4;
• Grafika: zintegrowana oraz NVIDIA GeForce GTX 960M 4 GB GDDR5;
• Ekran: Rozdzielczość Full HD – z matrycy również byłam bardzo zadowolona. Czy to do czytania tekstu, czy do oglądania filmów, czy do pomniejszych gier była bardzo dobrze skalibrowana i miała tę swoją „głębię”;
• Klawiatura: napisałam przy jej pomocy sporo wypracowań, wymieniłam jeszcze więcej wiadomości i waliłam w enter – nie padła jak w poprzednim Thinkpadzie T430; 😉
• Kultura pracy: cichy, lecz kiedy go bardziej przycisnęłam wiatraki pokazywały pazur; 😉
• Głośniki: Dwa i subwoofer. Śmiało mogłabym je porównać do głośników z macbooków od Apple – serio;
• Waga i wymiary: laptop pomimo 15,6 cala nie pasował do pokrowców o takim rozmiarze. Zawsze rogi wystawały do tego stopnia, że obtarłam farbę od głośnikówo na bokach. Waga i przenoszenie laptopa też były nie zbyt wygodne. Pomimo stosunkowo smukłej konstrukcji jak na tamten czas laptop był po prostu nieporęczny dla mnie, która wiecznie przechodzi z miejsca na miejsce; 😊
• BIOS: Stosunkowo mało zaawansowany. Pozwalał na dostosowanie tylko podstawowych funkcji, nie pozwalał zaś na wyłączenie oszczędzania energii. Funkcja polegała na drastycznym zmniejszeniu wydajności, gdy bateria sięgała 20%.
Co się zmieniło? Jako główna „stacja robocza” na tą chwilę bardzo dobrze sprawdza się u mnie Dell XPS 15 9570. Co tu dużo mówić – to taki Macbook Pro na Windowsie. Aluminiowy spód, aluminiowa klapa, bezramkowa konstrukcja co sprawia, że 15,6 cala ma mniejsze wymiary, gdy chowam laptopa do plecaka. Waga to 1,6 kg, więc duża zmiana na plus wobec Lenovo Y700. Przez większość czasu jest cichy, jednak gdy ostatnio w BIOSie, stosunkowo rozbudowanym i nawet dopuszczającym obsługę z myszki udało mi się powyłączać wszystkie funkcje dotyczące oszczędzania energii, to wiatraki odzywają się subtelnie, lecz częściej. Coś jednak za coś – konstrukcja ultrabookowo-hybrydowa nagrzewa się bardziej. Dlaczego napisałam „hybrydowa”? Bo w ultrabookach z reguły nie znajdzie się procesora typu Intel Core I7 8750H. Z powodu konstrukcji samego laptopa i jednak karty NVIDIA GeForce GTX 1050 TI Max-Q zaprojektowanej do takich urządzeń nie pogra się na nim za bardzo. Ja grałam, rzecz jasna, na starym poczciwym traktorze 2.6.2 chyba, z Numarkiem Mixtrack Pro II po godzinach. Klawiatura to jeden z gold standardów klawiatur laptopowych. Gdyby inne firmy produkowały takie, świat stałby się lepszy. Perfekcyjna wygoda pisania łączy się doskonale z wnętrzem z włókna węglowego pokrytego gumowym, miękkim w dotyku materiałem. Połączenie aluminium i włókna węglowego właśnie, sprawia, że laptop jest praktycznie nie do zajechania. Zaledwie po tygodniu użytku niestety go trochę podlałam piwem bezalkoholowym, lecz wytrzymał i ma się bardzo dobrze;
Klawiatura: HyperX Alloy Origins Aqua – co tu dużo pisać, recenzję opublikowałam zaledwie wczoraj. Działa, dzielnie znosi 80 stron przeglądania i poprawiania tekstu oraz kodu HTML czasem. Tak – dalej martwię się o jej czyszczenie. 😉
Dźwięk:
• Karta: M-Audio Conectiv. Dlaczego? Bo kiedyś chciałam stawiać system DVS i dostałam ją od ziomka za free, gdy wygrał konkurs DJski. Wyscratchował tą kartę, a potem dostałam ją ja z softem od M-Audio, winylami z kodem czasowym do ich dedykowanego oprogramowania i jest, działa. Do zastosowań podstawowych jak i typowo profesjonalnych jest całkiem ok 😉
• Do karty podłączone są głośniki, tylko głośniki lecz kiedyś epizodycznie podłączyliśmy z drugim ziomkiem, którego serdecznie pozdrawiam CD Playery i mikser. Do CDków włożyliśmy płyty z kodem czasowym do serato, i próbowaliśmy to sparować z mixxxem. Spoiler alert: nie działał lewy deck. Głośniki zaś to Microlab Solo 7C. Obsługiwały imprezy okolicznościowe, zniosły puszczanie hardówo na balkonie po 22 oraz ciągłe przenoszenie i ustawianie. Cenowo – jak na taką jakość dźwięku też jest bardzo rozsądnie.
• Słuchawki – podzieliłabym kategorie na przewodowe i bezprzewodowe:
Przewodowe:
• Audiotechnica ATH M50X – z wymiennymi kablami, lock and twist mechanism, te rzeczy… Funkcja po prostu wymarzona. Bardzo dobrze się składają, rozkładają, jakość wykonania na poziomie wysokim, dźwięk również, jednak czuję jakieś ubytki. Oceną dźwięku proszę się nie sugerować z powodu mojego niedosłuchu, który niestety z każdym miesiącem jest coraz bardziej uciążliwy;
• Dokanałowe słuchawki Creative – w podróż w sam raz. Dużo basu, dużo góry, trochę mniej środka, lecz uważam, że dźwięk też jest dobrze zbalansowany. Używam ich względnie często;
• Kiedyś AKG K518 DJ – w przedziale do 200 zł nie miały sobie równych, i mogę to powiedzieć z czystym sumieniem. Dużo basu, świetne tłumienie, beznadziejny kabel, lecz możliwość recablingu, również bardzo łatwe w przenoszeniu. Jako Heavy user do jakości wykonania nie mogę się przyczepić. Zniosły przeróżne sytuacje. Może dalej nie będę opowiadać 😉
Bezprzewodowe:
• Aftershokz Trekz Titanium – najlepszy kompan na studia dla osoby z jednostronnym niedosłuchem. Pozwalają słuchać otoczenia i syntezy jednocześnie. Technologia przewodzenia kostnego uratowała mi życie, można rzec, że odzyskałam komfort, o którym zdążyłam już zapomnieć;
• Xiaomi Mi Airdots Pro – klon Airpodsów od apple, tyle mogę powiedzieć. Wyjmujesz z pudełeczka, i słuchasz w całkiem dobrej jakości, lecz wiadomo, że dźwięk przez bluetooth, niezależnie od kodeku jest stratny. Pokrowiec jest wykonany z twardego, całkiem miłego w dotyku tworzywa sztucznego, otwiera się sprawnie, a słuchawki trafiają do specjalnych gniazd z magnetycznymi zaczepami. Kiedy ich nie używamy pokrowiec je ładuje. Najdłuższy wynik u mnie to 7 godzin słuchania i ładowania z pokrowca. Mają również aktywną redukcję szumów, która bardzo dobrze sprawdziła się w autobusie. Muzyka wtedy brzmiała o wiele lepiej.
• Kontroler: Numark mixtrack Pro II – służy mi od 2015 roku. Myślę, że czas na zmiany. 16 padów, 8 pokręteł nad padami, play, stop, sync, stutter, equalizer, praktycznie nieskończone możliwości mapowania, jak to z każdym urządzeniem wspierającym MIDI lub HID.
Akcesoria pomocnicze:
• Telefon: Xiaomi Poco F2pro, lub jak kto woli Pocophone F2 pro, choć to tak naprawdę zrebrandowany Xiaomi Redmi K30 Pro. Nakładka miUI konsekwentnie poprawiła swoje błędy dostępnościowe, momentami przypomina mi prostotę z lineage OS szczególnie kiedy przyjrzę się stockowej aplikacji telefonu i kontaktów. Snap 865, 6 GB RAM, 128 GB szybkiej pamięci UFS 3.1, bateria 4700 mAh, wyświetlacz AMOLED, praktycznie bezramkowy dzięki umieszczeniu kamerki do selfie w obudowie. Gorilla Glass 5 z jednej i drugiej strony, przedzielenie aluminiową ramką, wystające 4 aparaty, dwa mikrofony, IRDA, port Jack 3,5 mm (!), brak ładowania bezprzewodowego, brak certyfikatu IP68 – nikt jeszcze nie zabezpieczył ruchomych elementów w obudowie, pojedynczy głośnik grający znośnie. Apropo ładowania – dostajemy ładowarkę 33 watową i telefon w godzinę pokaże 100%. Ma parę mankamentówo typu dziwna redukcja szumów na niektórych komunikatorach i szczerze mówiąc, wielkość, do której musiałam przyzwyczajać się chyba dwa tygodnie.
• Wcześniej: Samsung Galaxy S9 – 4 GB RAM, 64 GB pamięci wbudowanej, bateria 3000 z hakiem – szczerze mówiąc nie pamiętam ile, również szklano-aluminiowa konstrukcja, samsungowy, flagowy Exynos. Powstała petycja, by Samsungi ze snapdragonami od Qualcomma były wypuszczane również na rynek europejski z powodu problematyki Exynosów. Ludzie zauważają, że po roku, dwóch użytkowania bateria pada o wiele szybciej niż w telefonach ze Snapdragonami. również port Jack, bardzo dobre mikrofony, głośniki stereo, jednak największym mankamentem był zakrzywiony ekran. Telefon dożył swoich dni spokojnie na Lineage OS 17.1.
• Zegarek: Xiaomi Amazfit GTR – to taki smartband zamknięty w obudowie zegarka. Ja mam, chyba jakąś limitowaną, białą wersję kolorystyczną. Aluminiowa ramka, pewnie chodzące przyciski po bokach dają wrażenie klasy premium, choć cena i funkcje nie są aż takie premium. W żadnym wypadku nie można tego porównywać do zegarków na android Wear lub Tizenie od Samsunga. Zegarek jednak wibruje gdy przychodzą mi powiadomienia, ma również wyświetlacz AMOLED, co mnie bardzo, bardzo cieszy, dostaje regularne aktualizacje firmware. Ubolewam jednak nad tym, że nie można wykorzystać NFC tu w Polsce.
• Kiedyś: Xiaomi Mi Band 3 z aplikacją Mi fit. Szczerze mówiąc używałam go głównie jako budzika, do przypomnień, do powiadomień i do sprawdzania godziny. Wyświetlacz jednak zrobił się za mały i przesiadłam się na zegarek z większą ilością funkcji. Zapomniałabym o jednej, bardzo ważnej rzeczy – znajdowaniu telefonu przy pomocy zegarka lub opaski. Moje życie od momentu używania wearables stało się prostsze 😊
• Powerbank: Xiaomi – jakiś 10000 mAh. Nie wypowiem się wiele na jego temat – tylko powiem, że działa i wystarczy na 3 solidne ładowania, wspiera też szybkie ładowanie nie wiem w której wersji. Niestety ładuje się przez Micro USB ☹
• Lupka z ALTIXu z 14-krotnym powiększeniem. Kieszonkowa, mała, wsuwa się do plastikowej obudowy. Nie wiedziałam, że znajdzie się w tym zestawieniu, ale jest warta wspomnienia, bo służy do ratowania komputerów, do ogarniania TWRP czasem, do takich prozaicznych rzeczy jak przeczytanie czegokolwiek i nie obyłabym się bez niej – po prostu.
Nie chwalę się, ani nie żalę – po prostu wpadł mi do głowy taki wpis. 😊 Do następnego, jak zwykłam mówić.