Kategorie
Prywatnie

Pełna tajemnic liryczna przyjemność od Pfizera – Part 2

(przyp. red – pregabalina) – Nas wszystkich gubi to, że nadaje się do odstawiania wielu, wielu depresantów, bardzo wielu. Znosi objawy odstawienne, a potem dźwiga do góry umęczoną, styraną opiatami, alkoholem, benzosami, czymkolwiek – psychikę, delikatną psychikę każdego ćpuna. Wymieniam właśnie wiadomości:
K – Boję się, że przesadzam z pregabaliną. Chyba rzeczywiście da się nią urobić.
Ja – Uważaj na dawki. Do 600 mg, i ani miligrama więcej na dobę.
K – Staram się rzadko to brać, ale i tak już doszłam do 500 mg. Dałam kumplowi jak miał kryzys i go zmiotło tylko 75 mg.
Ja – Wszystko zależy od tolerancji.
K – Chce mi się rozmawiać z ludźmi, nie mam lęków, nic mnie ne męczy. Normalnie jak w manii. Mam dużo energii, nowe pomysły.
Ja – Czułam się tak samo. Za to do tej pory uwielbiam pregabalinę. I tak dalej, i tak dalej…
Moje wpisy ze stanu pół człowiek pół pregabalina są też jakieś takie inne? Lepsze? Gorsze? Nie mam pojęcia. Nie będę dziś dużo pisać, bo wszystko spadło mnie się na łeb, ale może przygnębienie będzie sprzyjało kolejnym akapitom? Póki co – serducho może boleć, nawet nie metafizycznie, jeśli ktoś się do tego przyczyni. Chyba już się na to uodporniłam i dół przechodzi mi po paru dniach? Albo tak mi się tylko wydaję, potem noszę wszystko w sobie i chodzę z pierdyliardem myśli na minutę. Dość o tym narazie. Narazie, to znowu będzie o odstawianiu.
Odtrułam się niedawno z buprenorfiny nie używając do tego pregabaliny, ino starej dobrej metody – najpierw czym się strułeś tym się lecz przechodząc na lżejszy kaliber na podtrzymanie. Pocierpiałam trzy dni, bo nie było jeszcze bardzo, bardzo źle. Resztki skręta – bezsenność i rzucanie się – tliły się jeszcze przez następne kilka dni, a nadszarpnięty "układ nagrody" będę czuła już zawsze. Specjalnie nawet zakupy sobie zrobiłam – znaczy się emergency kit: dwie zgrzewki wody i duże opakowanie papieru toaletowego na promocji. Z zainteresowaniem patrzyłam przez ostatnie trzy chyba – tygodnie, co syntetyki ze mną zrobiły. Zawsze miałam przyspieszony (nieznacznie) puls przy odstawieniu, rozwaloną termoregulację, bolało, ziewałam, łzawiłam. Krzyczałam nie z bólu, lecz z przymusu poruszania całym ciałem, bo miałam wrażenie, że albo ktoś dotyka moich mięśni rozgrzanym drutem, albo setki upierdliwych mrówek zagnieździło mi się pod skórą i łażą tak, żebym robiła kilometry szczególnie nocą. Nie chce się spać na dniu ani wieczorem. Nie ma potrzeby snu przez następne kilka dni – ale obeszło mnie to nieznacznie tym razem i nie dramatyzuję aż tak bardzo, oprócz jednego: pompka zaczęła odpierdalać – i to znacznie. Nigdy w życiu nie miałam problemów z serduchem przy odstawianiu, a tu wylazły – kołatanie, potrafiło mnie zamroczyć, gdy wstałam za szybko. W liczbach wyglądało to tak, że puls zwiększał się do 120, 130 bpm bez opio, a po godzinie, dwóch od podania – spokojnie spadał do 70, 80 bpm w spoczynku. Kiedy mądra ja puściłam sobie gorącą wodę pod prysznicem i zrobiło mi się duszno z powodu dodatkowego "wysiłku", to trochę było mi nieswojo. Taki chuj! Ale dałam radę,
Pregabalina jest jak błogosławieństwo. 75 mg na początku wystarczy by wyłączyć rowerek, zasnąć spokojnie, wyciszyć, pomóc z tym, co najbardziej upierdliwe, a potem pomóc z psychiką. Stąd ludzie w nią wpadają. Może służyć jako zamiennik dla alkoholu, benzosów, opiatów, nawet stymulantów. Jest tak wszechstronna, a jednocześnie wszystko ma swoje dobre i złe strony. Takie zombie potem (ja) wstaje z łóżka, jeszcze z zaropiałymi oczkami wpół zamkniętymi próbuje wymacać pregabalinę, bo powoli zaczyna schodzić i świat staje się obrzydliwy. Nie chciałabym żeby K z rozmowy przez to przechodziła, ale nie mam wpływu na wiele rzeczy – prócz swoich działań. Mogę pisać, prosić, opisywać, przestrzegać, wysyłać elaboraty, pokazywać elaboraty innych – niech każdy robi to, co uważa za słuszne. Wiem jak to jest szukać środków zastępczych. Jestem podobno politoksy – czyli podaję sobie wszystko, co tylko można, z opio jako drug of choice, no bo proszę pani… Jak się nie ma co się lubi, to się wali to co dali nie? A to pani nie wiedziała, że pregabalina uzależnia? A to Pani nie wiedziała, że z tianeptyny można zrobić całkiem dobry, syntetyczny opioid? A to Pani nie wiedziała, że ludzie nadużywają metylofenidatu? A to Pani nie wiedziała, że ludzie podają sobie bupropion dożylnie? Takich Pań, Panów psychiatrów – zupełnie nieświadomych jest bardzo wielu. My się im oddajemy, potem oni mają pretensje, że nadużywamy pregabaliny, bupropionu, albo unika się nazwy Xanax, bo Afobam brzmi ładniej…

Kategorie
Prywatnie

No i tak…

Siedzę sobie wieczorową porą przy laptopku i piszę ten wpis. Czekam na marzec czy kwiecień – wtedy z pewnością przybędzie dnia, nastrój się podniesie bardziej i może będę bogatsza w doświadczenia? To na pewno.
Znudzona estetyką muzyki elektronicznej zaczynam słuchać wszystkiego z różnym skutkiem. Stałam się trochę bardziej normalna i stonowana (chyba), jeśli chodzi o muzykę. Zapomniałam już jak fajnie jest robić coś w domu ze słuchawkami bluetooth w uszach. To fajny patent, by podnieść dupę z fotela i nie myśleć "jak mi się nie chce". Ta niechciana myśl jest zagłuszana, gdy w tle przygrywa mi powracający na salony – czasem lepiej, czasem gorzej breakbeat, który szczególnie Anjuna Beats pcha w trensiarzy. Karina wraca, normalna, bo odzyskuje powoli to, co straciła – bardzo powoli.
Narazie odłożyłam aparat na miejsce, bo trochę się przestymulowałam – mój mózg nauczył się wiele przez prawie miesiąc testów. Kompresja, limitery, powolne wdrażanie wysokich i uwaga ze wzmocnieniem. Rozumienie mowy dalej leży, ale już wiem która to prawa, która lewa, czy ktoś idzie za mną z prawej, czy lewej. Nauczyłam się tego w pięć dni, ale dobrze jest mieć wybór i po prostu otworzyć klapkę baterii, gdy dźwięk już zaczyna męczyć.
Pisałam tu coś o studiach? Chyba nie, bo co tu pisać? To wygląda jak filologia Polska w pigułce? Coś takiego? Z dodatkami medio czy filmoznawstwa. Wszystko poza tym wygląda tak samo. Jeden z wykładowców zasługuje na szczególne miejsce w mej pamięci. To starszy pan mówiący o reklamie i jej wszystkich funkcjach. Proszę pana, ja rozumiem, że kampania społeczna ma uderzać w ludzi, pokazywać istotę problemu, jakiś wywołujący niepokój i poruszenie obrazek i statystyki muszą być. Czy jest granica dobrego smaku i czy etyka reklamy ma coś do powiedzenia, jeśli chodzi o kampanie społeczne? Albo ta granica jest łatwa do przekroczenia, albo to zależy od odbiorcy, albo nikt jasno jej nie określił w tym nurcie, albo przysnęłam na Pańskim wykładzie walcząc z opioidowym zawieszeniem świadomości nieskutecznie – w każdym razie umknęło mi coś chyba…
Chodzi mi o gówno kampanię dot. maseczek pt. "którą maseczkę wolisz?", czy "98% zgonów to osoby niezaszczepione. Bądź mądry i zaszczep się!". Tu już idziemy na grubo, bo producent reklamy sugeruje, że jeśli ktoś czegoś nie robi, jest głupim, bezmózgim idiotą i debilem. Nawet ci od reklamy, czy kampanii społecznych nie wyciągają wniosków z wizerunkowych wtop np. Mediamarkt. Nie jestem kompetentna na tyle, by się nad tym rozwodzić, ale tak mi mignęło tylko. Mam nadzieję, że niedługo zdejmą to dzieło z anteny.
Z ochotą przeglądam też często portale plotkarskie, gdy mam wolną chwilę. To moje takie guilty pleasure. Przynajmniej dzięki tym skrawkom informacji jestem w stanie cośzrozumieć z tego, co babcia do mnie mówi czasem, uwięziona w uniwersum seriali puszczanych na TVP, TVN, wiadomościach o aktorach czy innych "celebrytach" i wiecie co?
Nie żałuję, że tam czasem grzebię. Artykuły są na niskim poziomie, jeśli chodzi o ten językowy i taktu w ogóle, ale ale – gdyby nie takie strony, to nie wiedziałabym, że ostatnio każda gwiazda większego formatu MUSI wysrać autobiografię! Książkę wysrał nawet pan Jakimowicz, zasłaniając się następnie "fikcją artystyczną" czy tam literacką jak popłynął w jakimś rozdziale w koneksje z ludźmi zajmującymi się chyba pedofilią i handlem ludźmi? Informacja do weryfikacji, ale coś w ten deseń. Kto jeszcze?
A no matka Michała Wiśniewskiego książkę wydała pt. „Dziewczynka z kieliszkami”. Kurde – jadę w self publishing i wydam parodię pt. „księżniczka na ziarnku maku”. 25-stronną parodię takich książek, która wyszła z pod mojej ręki chyba w 2019 trzeba tylko trochę rozciągnąć, dodać czegoś tu i tam, czegoś odjąć, i wyjdzie kolejny schematyczny shit. Pani z reklam szamponu głowa & ramiona też planuje wydać książkę i… Nawet przyznać się do eksperymentów z używkami, no taak – bo ten temat jest w chuj chwytliwy i się sprzedaje.
Tajemnicą poliszynela też jest to, że modelki jadą na stymulantach, ale artykuły na ten temat MUSZĄ się klikać. Takie nagłówki w stylu: „koleżanki wychodziły z łazienki z białymi nosami”. No co kurwa, pudru użyć nie można? Są zasadniczo dwie korzyści z takiego pudrowania: nie czują, że są głodne i najchętniej ojebałyby sezonowego drwala z frytkami i colą, no i jakoś zmęczenie znika. Wielogodzinne sesje zatem nie są już problemem. Jest jeszcze trzeci plus. Czytałam kiedyś, że rozszerzone źrenice wyglądają seksownie i nawet kobiety czasem używały atropiny w tym celu, no i tu na zdjęciach i przy umiejętnej obróbce też wyjdą przepięknie, symetrycznie rozszerzone. 😀
Pisać o hajpku? Dobra też napiszę. Wszystko, co ma być powiedziane – zostało powiedziane. Na polu bitwy zostali ludzie, którzy cały czas kłócą się o pierdoły. Tak wygląda lista dyskusyjna, na której czasem oczko do mnie puszcza jakiś chłopak w moim wieku. „A co myślisz o tym?”, „A jak zrobić to?”. Przecież wiele innych osób mogłoby mu odpowiedzieć na zadane pytanie, ale MOJE zdanie jego akurat interesuje. Jestem tak samotna na co dzień – często z własnej winy i temu nie przeczę, że nawet takie gesty mnie cieszą w sensie pozytywnym. Nie mam zamiaru podbudowywać sobie na nich ego czy wartości. 😀 To takie miłe, jak ktoś słucha co mówię akurat ja, pośród innych traktujących czasem – najczęściej tych nowych w tym miejscu z wyższością, bo są taacy niedoświadczeni i tak mało wiedzą. Każdy kiedyś zaczynał, ale dożyliśmy czasów, gdzie ludzie boją się pytać o sprawy związane z ich zdrowiem i życiem, bo boją się poniżenia i wyśmiania przez tych "obeznanych". Gdzie to wasze harm redakszyn? Zawsze będę tą anonimową osobą, która mało się integruje, lubi ciężko w depresanty i ma jeden znak szczególny – nie, nie ślepotę.
Kończyć czas, i wstydu oszczędzić, bo zmęczenie czuję – w przeciwieństwie do modelek. Dobrej nocy.

Kategorie
Prywatnie Recenzje

Pixel i problemy – nie wielkości pixela, i jak pixel nagrywa ;)

Kategorie
Prywatnie Recenzje

Ktoś przełączył pstryczek – Baklofen od strony, której nie znałam

Siedzę w domku i kończę chorować podtrzymywana solidnymi dawkami Augmentinu. Panu doktoru z pomocy doraźnej – jeszcze raz winna jestem po stokroć duże dziękuję, gdy mnie zapyta czy coś jeszcze. 🙂
Prawie miesiąc temu zrobiłam drugie podejście do baklofenu (tym razem własnego), 50-tabletkowego słoiczka i sypałam sobie na rękę jak dr House te 100 mg, czy w pierwszych dniach troszeczkę mniej?
NIE! Dzień, w którym odebrałam baklofen był dniem, gdzie postanowiłam serdecznie olać BHP dawkowania depresant vs. depresant i zakłóciłam pracę służbom porządkowym. Notowana ma przy sobie co następuje: duże ilości opioidów. Panie, to chodzi o te 9 gramów tramalu pokitrane w butelkach 10-mililitrowych żeby mieć pewność, że ogarnę dawkowanie? Jestem winna pokajanie się. 10-ml butelka tramadolu w kroplach ma dołączony taki fikuśny aplikatorek do wkraplania, coś tak jak te dozowniczki z olejkami eterycznymi? Aromatami? Żenua, jeszcze większa niż przy zabudowanym metalem dozowniczku przy 96-mililitrowych pojemnościach. Ten aplikator swobodnie można podważyć paznokciem i się go pozbyć, bo używanie go jest niemożliwe, prawie, dla nikogo.
Notowana ma również przy sobie otwarte opakowanie baklofenu, i loperamid na sraczkę, i strzykawkę 2 ml. Słuchawki znalazłam zdaje się wczoraj, więc mi nie zginęły. Były skitrane gdzieś, gdzie bym nigdy nie pomyślała. Straty tamtego wieczoru jednak nie były wielkie.
Co to ten baklofen jest?
A to kolejny lek działający na GABA stosowany głównie na rozluźnienie mięśni szkieletowych. Jest w tabletkach, w roztworach pod zastrzyki i do infuzji we wlewie ciągłym podpajęczynówkowo. Jak to wygląda? Na stałe instaluje się tytanową pompę infuzyjną oraz zbiorniczek z lekiem, który od chwili uruchomienia pompy będzie szedł sobie ciągle i takich terapii, za zwyczaj się już nie przerywa, o ile nie zapomni się napełnić zbiorniczka. 🙂 Ekonomiczne i mniej toksyczne mogłoby się wydawać, bo dawki podawane w ten sposób są liczone w mikrogramach na godzinę? Jakoś tak.
Przeznaczenia nieulotkowe? Też są. Alkohol / GHB w tabletkach, substytucję GHB baklofenem, coś jak metadon dla heroinistów. Tak – w większych dawkach, lek przypomina działaniem GHB i nie należy o tym zapominać. Sam baklofen potem odstawia się ciężko (zależność podobna jak przy pregabalinie – tolerancja szybko rośnie, i szybko spada, a sam lek z systemu zostanie wypłukany w ciągu trzech dni), od bidy alternatywa dla benzodiazepin i antydepresantów w jednym. Kolejny specyfik wszystko w jednym, gdzie mechanizm działania nie został do końca poznany, nieoceniona pomoc przy zespołach abstynencyjnych od depresantów, gdzie występuje sztywność mięśni.
Działanie? Alkoholowa dysocjacja? Tu może alkoholowa, ale nie dysocjacja. Coś jak właśnie! Niskie dawki GHB z opisów, a im większa ilość GHB, tym gorzej dla samego zainteresowanego. Im mniej tym lepiej. 25 mg to najmniej na dawkę startową, do 50 mg.
Gdybym miała pobawić się w psychonauta to wyglądałoby to tak:
* 25-50 mg – jeszcze jest dobrze. Muzyka lepiej wchodzi, piwko można wrzucić, według uznania. Taka przyjemna mgiełka otaczająca świat. I od dawki 25 mg również zaczyna się hamowanie oczopląsu – o tym później. Mniejsze dawki terapeutyczne nie wchodzą w grę.
* 50-75 mg (bez tolerancji) – zaburzenia równowagi, spowolniona mowa, możliwe luki w pamięci, witaj euforio.
* 75-100 mg (bez tolerancji) – problemy z… Jak się dowiedziałam kontaktem logicznym, orientacją, ale wyjebane, witaj euforio, świat jest piękny, ale panom może nie stawać, a paniom potrzeba kombinerek do rozwarcia pochwy, i anorgazmia.
* 100 mg i więcej – doskonały substytut GHB, w celach złych, ale nie zadziała ze względów opisanych powyżej. HWDG – chuj w dupę gwałcicielom czy jakoś tak.
UWAGA: przy łączeniu z pregabaliną lub benzo należy się upewnić, że nie piliśmy dużo przed snem, tak pro forma. Należy się również upewnić na ile w aktualnym miejscu i czasie jesteśmy sobie w stanie pozwolić i dobierać rozsądnie jedno do drugiego.
Obraz mamy za sobą, to co dalej?
Podlinkowane niżej artykuły przeczytałam dopiero wtedy, gdy zaobserwowałam to zjawisko u siebie, więc placebo wykluczyłam. Nie ma go, nie ma go do trzech dni od dawki. Kubek mi nie lata po stole, widzę ostrzej, mogę skupić wzrok na ujęciu czy rozmówcy, poczułam się dobrze… Nigdy nie widziałam czegoś takiego i uważam to za odkrycie roku, na roboczo znalazłam później jak przysiadłam to:

https://www.ophthalmologytimes.com/view/many-options-treat-nystagmus-more-development
Czy:
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1014435/
Pora na następny słoiczek, ale miks z pregabaliną jest przytłaczający. To jak mieszanie wódki z samogonem. Można to robić w domu, ale mając tripsittera, żeby nie zasnąć na podłodze, na środku pokoju na 12 godzin. 🙂

Kategorie
Prywatnie

A miałam być na urlopie?

Wpis popełniony parę dni temu. Chciało mi się tyle w ekran stukać. 🙂

Siedzę właśnie w obskórnym hotelu, z klimą ustawioną na 24 c, cieszę się drugim dniem urlopu. Hehe, urlopu?
Siedzę w miejscu, gdzie uzyskanie szczotki do kibla (używanej) to niewyobrażalny sukces i oznaka dobrobytu, gdzie jedną szmatą wyciera się rzeczony kibel, i stół, i gdzie nie potrzebuję metotreksatu (przesuwam dawkę), żeby wymiotować przy opuszczonych gaciach, bo nie zdążyłam założyć. Życie. Wiecie, że w Egipcie można zrobić biznes na tabletkach na sraczkę? Można opychając 10 tabsów nifuroksazydu po 10 dolarów, gdzie cena apteczna (apteki w okolicy nie ma), to dwa dolary. Zainteresowała mnie szklana szafeczka pana doktora. Ma tam coś ciekawego? Nie sądzę, bo to gówniany diler, ale fajnie byłoby zrobić overview.
A właśnie – metotreksat. Ja przepraszam, że to ostatnio mój główny temat, ale muszę się wygadać, choćby w próżnię. Przeszłam na zastrzyki (20 mg). Pen to nie jakaś super zaawansowana technologia, że igła się wysuwa po naciśnięciu tłoka czy coś. Po wyjęciu z opakowania pokazuje nam się prosta konstrukcja – jakby normalna strzykawka napełniona substancją barwy żółtej – coś jak olej rzepakowy / Tymbark jabłko, mięta, z normalną zaślepką na igłę, ale tłok. Proszę państwa – tłok to inna historia, bo ma takie dwa uchwyty małe po obu stronach, żeby nawet najbardziej zdeformowany chory, mógł sobie z podaniem leku poradzić. Igła nie za długa, nie za krótka, lecz w sam raz do podań podskórnych. Po trzydziestu minutach weszło. Nagle robię się słaba, opieram się o szafkę, bo myślę, że zaraz zemdleję. Czuję, jak bym wszystko robiła w slow motion. Zasypiam, a na dzień następny czuję, jak bym nie brała nic. Spoko opcja. No dobra, ale jak ten dzień na urlopie?
Dzień rozpoczęłam psychodelicznym snem o przenoszeniu się w czasie – po raz kolejny. Byłam promieniem światła, który docierając na porządany okres – stawał się mną. W latach 70 nie działo się nic szczegulnego. W latach 90 postanowiłam sobie pójść do klubu, potem odwiedzić mój dom, zobaczyć jak mój młodszy dziadek pali peta przy piecu kaflowym, babcia mówi mi, żebym się przekimała w stodole, bo w domu miejsca nie ma. Bywa. Rzeczywiście – wtedy miejsca dla ośmiu osób – było mało, praktycznie nie było.
Przeszłam się również po Tarnobrzegu uprzednio płynąc promem do tego zacnego miasta. Gość poczęstował mnie w chuj niedobrym, skręcanym fajkiem, usiadłam na mórku, zapaliłam i pokontemplowałam trochę. Poszłam do apteki kupić kodeinę – taką inną, 300 mg w opakowaniu. Muszę potwierdzić, czy takie opakowania były w obrocie w latach 1994-1995 u nas, bo tak ogólnie, to były.
Moja mama szła właśnie do liceum. Było to drobne, niewinne dziewcze o długich włosach, ale wstydzące się własnego wyglądu. Nie zauważyła żadnego podobieństwa między nami – to dobrze.
Następnie poszłam 400 lat do przodu. Planeta rozjebana, maski przeciwgazowe, kombinezony, kryptowaluta globalna na cały świat – jedna. Prostsze prace wykonywały komputery, a ludzie utrzymywali swoje miejsce do życia. Plan kolonizacji Marsa nie powiódł się, NASA zbankrutowało, prywatne firmy jeszcze zajmowały się tematem, ale plan zdechł z jakiegoś powodu – pewnie z powodu kosztów utrzymania tam człowieka. Bycie samowystarczalnym nie stało się możliwe, a możliwości transportowe mieliśmy już całkiem całkiem, bo istniały rozwiązania zdolne do okrążenia ziemii w kilka godzin. Takich rzeczy się na historii ludzie uczyli.
Co cechuje takie sny? To, że są bardzo realistyczne – na tyle, na ile to możliwe. Realistyczne sny miałam po opipramolu. Tam coś też było o plateau w mechanizmie działania. Po dwóch akcjach z przenoszeniem w czasie patrzę w ulotkę, a tam w ubokach o snach dziwnej treści. Nie biorę już opipramolu, ale jak mama usłyszała, co mam jej do powiedzenia, powiedziała tylko: "Karina, ja nie wiem co ty teraz bierzesz, ale przestań to brać".
Znajomy podsyła książkę o etiologiach bólu i używaniu opioidów w tymże – mam nadzieję, że to nie będzie kolejne pierdolenie o tym, jaka to epidemia opioidowa zła? Mam nadzieję, bo fragment był całkiem dobry. Poczytam sobie o bólu i ogarnianiu go, może w ładnym wydaniu, bo od strony anestezjologa? Gdybym miała poświęcić 10 lat życia na studiowanie, a potem resztę na dopieszczanie wiedzy – serio wybrałabym taką specjalizację. Tam nagrodą jest, gdy pacjent przeżyje, nie skarży się, czasem coś powie pod wpływem różnych środków – he… He…
Siedzę przy basenie, czytam o pracy laboranta i wymaganiach potrzebnych. Nawet ze średnim przyjmą, jeśli tylko jesteś gotów pracować na stojąco, w sterylnych warunkach, uwielbiasz klepać raporty i popadać w rutynę – takie tam. Proste analizy odczynnikami – nawet przydatne, można sobie wykonywać w domku. Siedzisz w czterech ścianach, ostrożnie obserwujesz reakcję preparatu – żyć, nie umierać – za szybko. Tam słyszysz jeszcze mniej narzekania – w przeciwieństwie do anestezjologa, bo probówki nie mówią. Jedynie kierujący labem może się wkurwić, a ty możesz się wymówić czasem reakcji potrzebnym do wykonania dokładnego badania techniką jakąś tam, a potem musisz dostarczyć wnikliwą analizę i opis na biurko.
Jem obiad (próbuję), palę fajka, a tu pisze do mnie laska, że bierze sertralinkę i klorazepat, i boi się zależności lekowej. Połączyć psycho z farmakoterapią i będzie dobrze, przy okazji chwalę psychiatrę za rozsądek, bo nie wjebał jej xanaxu.
Creme de la creme? Grupa fejsbukowa z e-receptami, publiczna grupa. Potrzebują klonów, diazepamu, alprazolamu, tramalków, oksykodonu, czegoś na sen, metylofenidatu – pisząc o tym publicznie. Piszą także, że ktoś (z imienia i nazwiska) miał wystawić reckę na oxy, kasę wziął, recepty nie wystawił. Po raz kolejny powtarzam – to grupa publiczna.
Drugi znajomy na detoksie, schodzi głodowymi dawkami benzosków, a z opioidów na zimno. Przedszkole się kurwa, skończyło.
Miałam odpocząć od książek, miałam odpocząć od myślenia, miałam odpocząć od dragów, miałam odpocząć od problemów ze strony układu pokarmowego…
Miałam…

Kategorie
Prywatnie

Fizolofia życia po trzeciej stronie

Do zagłębienia się w to, co oznacza tak naprawdę „stan wegetatywny”, popchnęło mnie w sumie – nie wiem co. Może ta zajebista uduchowiona książka o życiu po życiu? Może Black Mirror obejrzane od góry do dołu z paroma jazdami ze świadomością i stanem wegetatywnym? Może poziomy plateau rozkminianie, czym jest tak naprawdę poziom świadomości pierwszy, drugi lub trzeci? A co to tak w ogóle jest ta świadomość?
Zaburzenia świadomości można mierzyć w skalach, reakcjach. Świadomość czyni nas ludźmi podobno. Ktoś powiedział, że tym, co odróżnia nas od zwierząt jest – zdolność pojęcia, że mamy świadomość, zdolność pojęcia, że istniejemy.
Przyjęło się od strony medycznej, że stan wegetatywny jest z reguły nieodwracalny, a wyjątki od reguły to przypadki źle zdiagnozowane – nie ma cudów. Po znacznym uszkodzeniu mózgu będzie można najwyżej liczyć na podstawowe odruchy. Błędem jest również stwierdzenie, że ktoś od lat jest „w śpiączce”. Tak się utarło w mowie potocznej.
Śpiączka trwa parę tygodni, a później to egzystencja. Najtęższe głowy nie wiedzą, co wtedy dzieje się ze świadomością i psychiką człowieka. To prowadzi do nikąd. Podobno to pętla pomiędzy snem a czuwaniem.
Gdy człowiek potrafi oddychać samodzielnie, nawet przez tracheo, skierować na chwilę wzrok na przedmiot, reaguje na imię, można mówić o ogromnym sukcesie. Gdy jest coraz lepiej przy stymulacji, można wdrażać alternatywne sposoby komunikacji, jeśli mózg pacjenta nie stwierdzi, że to dla niego za wiele i znowu odpłynie w nieznane, dla nikogo.
Osoby w jeszcze lepszym stanie, potrafią wydać z siebie jakiś odgłos, a nawet płakać. Podobno to też odruch, zupełnie jak skurcz mięśni czy losowy jęk w losowym momencie.
Ktoś udowodnił, że osoby, które opanowały alternatywne metody komunikacji, bardzo szybko się dostosowują do danej sytuacji. Mózg też ma swój metabolizm, im większa wymiana informacji, tym więcej emocji, im mniejsza wymiana, tym człowiek jest bardziej spokojny.
A ja się dziwię: skąd cały czas te rozterki etyczne? Ale religii w to proszę nie mieszać. Mówi się, że śmiercią człowieka jest śmierć pnia mózgu – wtedy to idealni dawcy narządów. Jedyne, co skorupkę podtrzymuje przy życiu, to kilka elektronicznych urządzeń. Gdy trochę zbadałam temat (bardzo pobieżnie), nie dziwię się, że lekarze mają taki problem z osądem, kto ma jeszcze jakiś potencjał.
Dlaczego to tak wygląda? Bo pacjenci wegetatywni są drodzy w utrzymaniu, wymagają opieki 24/7, sprzętu, rehabilitacji, a neuropsychiatria dalej ma za mało do powiedzenia, i nasza technologia badania mózgu również – nieważne – jak dokładne byłoby EEG

Kategorie
Prywatnie

Mój pierwszy precel – oto co presja czasu robi z człowiekiem

Wyplułam coś takiego. UFFF. 10 minut na to miałam, i 600 znaków wypełnione. 😉

Wszyscy wiemy jak wyglądają zajęcia z informatyki w szkołach. Nauka programowania kończy się na napisaniu prostej strony internetowej w HTML z gotowego szablonu. Kodowanie dla dzieci jest możliwe wtedy, kiedy dziecko posiada predyspozycję do myślenia logicznego, analitycznego, potrafi rozwiązywać problemy. Całoroczny Kurs kodowanie dla dzieci powstał z myślą o rozwoju przyszłych programistów, którzy wyrażają chęci, ale nie mają jak ich zrealizować.
INSTAKÓŁKO TO CAŁOROCZNY KURS ONLINE DLA DZIECI Z KLAS 3-8 SZKOŁY PODSTAWOWEJ ORAZ 1 KLASY SZKOŁY ŚREDNIEJ.
Bardzo zależy nam na rozwoju przyszłych programistów.

Kategorie
Prywatnie Recenzje

Coś innego

A tym czasem, idę dalej cisnąć 🙂 Trzymajcie się w czas weekendu. 😉

Kategorie
Prywatnie

Cyber CNS – elektroniczny układ nerwowy…

Drążę i drążę, bo dziś w nocy widziałam w umyśle bardzo ciekawą historię. W skrócie: psychiatra, z którym mam kosę po ostatnim detoksie prowadził program zamiany organicznego OUN na ten elektroniczny. Wszystko tylko przerwał kabel od słuchawek…
W sumie mogłabym na podstawie tego coś fajnego napisać, ale na pewno zrobią to za mnie tamci z netflixa – pozostaje czekać na coś podobnego. 😀
Jakie zastosowanie znalazłby w pełni zautomatyzowany OUN? Dobre i złe, bo układy można programować, infekować, znowu dystopijne wizje się tu roztaczają na pełnej. Zalety? Ludzka bezawaryjność, wszystko na swoim miejscu. Czy wtedy człowiek jest kodem i żyjemy w „matrixie”? Tak i nie. Jak tak teraz o tym piszę to nieciekawie się zapowiada, że niby więcej wad niż zalet? Mimo tego, że to niezwykła abstrakcja, zacznę od podstaw podstaw.
Żeby elektroniczny OUN mógł działać, to musi mieć input z obwodowego układu nerwowego… Nie? Więc zwoje, nerwy, też musiały zostać poddane modyfikacjom. Obwód zbiera informacje i jest jakby – pośrednikiem układu autonomicznego oraz somatycznego – w wielkim skrócie. Ośrodkowy układ nerwowy jest odpowiedzialny za przetworzenie informacji i wyplucie jej na zewnątrz w postaci odruchu, stwierdzenia, interpretacji bodźca, czegokolwiek.
Elektroniczny OUN jest robiony pod osobę – nie ma generycznych układów. Ma za zadanie zlikwidować bolączki organicznego odpowiednika.
Zaraz ktoś zapyta: Niewidomi mają problemy w płacie potylicznym. Dlaczego by nie wymienić ośrodków i nerwów? A reszta tradycyjna?
Ze względu na niską wydajność układu organicznego, podatność na nienaturalnie wyższe napięcie wysyłane na zaimplantowaną część OUN, po prostu nie ma „kompatybilności wstecznej”.
Skoro nie ma, to jak przenieść osobowość i wspomnienia?
Nie pytajcie, bo gdybym miała zbudować taki element w jakimś uniwersum, to pewnie powiedziałabym, że to wszystko wygląda jak przeszczep serca. Podczas operacji pacjent podłączany jest do krążenia pozaustrojowego, tak jest i w tym przypadku. Tworzy się tymczasowe połączenie pomiędzy człowiekiem, a układem, który ma dostać. Żeby to wszystko ładnie chodziło, układ obwodowy jest ustawiony na najniższe, podstawowe parametry, dostosowane do organicznego ośrodkowego. Gdy tam wszystko styka i nic nie odbiega od normy, korzystamy ze stworzonego tymczasowego połączenia dwóch układów. Gdy części organiczne zostaną całkowicie zastąpione układem elektronicznym, parametry naszego „wejścia”, są szybko przestawiane na docelowe – wyższe. Ma to sprzyjać lepszej wydajności, lepszemu czasowi reakcji, ma wyeliminować wszystkie, fizjologiczne wady…
Przez jakiś czas następuje proces adaptacji do nowych warunków. Organizm chodzi na czystym OUN z podstawowymi procesami, a potem zostaje poddany obróbce. Wspomnienia są konwertowane, nasze dotychczasowe „atrybuty” również. Czy człowiek wtedy Jest świadomy? Nie. To taki standby. Świadomość, podświadomość, są dopiero w przygotowaniu.
Jak wygląda proces adaptacji? Bardzo prosto. Oprócz monitorowania podstawowych funkcji życiowych w postaci parametrów na monitorze, lub logów , które podaje OUN, potwierdza się czynność wszystkich sekcji oprogramowaniem diagnostycznym. W przypadku „pnia mózgu”, testy można wykonywać tradycyjnie. Pomocne będą podstawowe próby kaloryczne, ocenianie reakcji źrenic na światło, odruchu rogówkowego, reakcji na ból, odruch wymiotny czy kaszlowy, czynność ośrodka oddechowego można również sprawdzać – albo na monitorze, albo tradycyjnie.
W moim „przypadku”, wymiana OUN była skierowana na badania nad emocjami, chorobami psychicznymi i/lub moje personalne, nad tolerancją. A jakże!
Po adaptacji przyszedł test na ćwiczenia w terenie. W programie brało udział jeszcze trzech typów.
Gdzie najlepiej testować emocje i reakcje? Na drodze – a jakże, lub w symulatorach. Przeszliśmy przez gry logiczne, programy oceniające czas reakcji, to były testy syntetyczne. W testach praktycznych pani psychiatra wysłała nas na fragment zamkniętej drogi, gdzie mieliśmy się rozpędzić do dużych prędkości na… Motocyklach. Mieliśmy się wymijać, szybko ciąć zakręty i nawzajem sobie przeszkadzać.
Nie prowadziłam sennych dywagacji nad tolerancją, ale ustalam sobie, że gdyby potrzebna była nam zmiana percepcji, związki chemiczne również mogłyby być „napisane” od nowa, jako skrypty, które działają w tle. Jak koncerny mogły by na tym zarabiać? A na przykład metodą subskrybcji. Nie masz dostępu do skryptów, jeśli nie zapłacisz. I żeby nie było – raz na trzy miesiące, lekarz prowadzący wystawia sygnaturę na ten i ten rodzaj skryptu, he… he…
Programiści narkomani? Czemu nie? W tym wypadku można być samowystarczalnym, i zjawisko tolerancji nie występuje w ogóle, bo niby dlaczego? Jak przecież to tylko usługa w tle? Nie wyobrażam sobie ciągłego, silnie symulowanego oddziaływania na ala doregulowane, moje ukochane receptory opioidowe. 😀 Jeśli ktoś by się doczepił: „ale Karina, one są też w części obwodowej, nie tylko w ośrodkowej”, to mam odpowiedź. Przecież podmieniliśmy część obwodową, całą, na kompatybilne układy.
A co z objawami abstynencyjnymi i tą całą odpowiedzią?
Nie, też ich nie ma, bo nie ma żadnych, up czy down regulacji. Wszystko jest ustawione na sztywno i jest regulowane tylko z racji odruchów i odczytów z tkanek.
Wady? Zapraszam do dyskusji, czy coś, bo może nie oryginalny, ale fajny kawałek czegoś się tu stworzył – w sumie sam. 😉

Kategorie
Prywatnie

Jestem wściekła…

Jakiś czas temu słuchałam kątem ucha wywiadu w śniadaniówce TVP z kobietą, która ma RZS. Z tego robi się jakaś plaga, albo póki sam problem mnie nie tknął – nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaki jest powszechny. Tak siedziała, i zestresowana mówiła o procedurach diagnostycznych, o leczeniu biologicznym itp.
Zdychanie po metotreksacie zredukowało się do dwóch dni – czwartku i piątku. Nie mogę wtedy usiedzieć przy komputerze, bo zrobienie paru kroków po prostu mnie męczy, do tego stopnia, że zieję jak pies i się pocę. Czy męczenie się jest tego warte? Sama nie wiem.
Mamy sierpień, leczyć zaczęłam się pod koniec maja. Dwa dni, czy nawet trzy od podania, są fajne i spokojne, jeśli nie zwrócę dawki. Tamten czwartek był straszny, bo po raz kolejny podeszłam do dawki wyższej i rzygałam jak kot. Ciągle zapominam zadzwonić do przychodni i wypisać sobie leków przeciwwymiotnych przy okazji klonów. Problem nie dotyczy tylko barków, dłoni i stóp – ostatnio zaczął sztywnieć mi kark i tępy ból głowy zrobił się bardziej dokuczliwy. Gdzie się podziały tamte kroplówki z PWE i lignokainą 4 godziny od podania setki tramadolu? Taka kontrola bólu mi wystarczyła, ale wiem, że to tylko przejściowe…
Stres w pracy też robi swoje. Mam wrażenie, że jestem w dupie z materiałem, że są niedopatrzenia, więc boli bardziej. Znowu mam kryzys i płakać mi się chce, bo ból wraca do pozycji wyjściowej, a wszystko z powodu – albo nieutrzymania jednej dawki metotreksatu, albo z powodu stresu. Sen też cierpi na jakości. Kładę się spać o przedziwnych porach ostatnio, ale przynajmniej noce wykorzystuję produktywnie.
Budzę się, wstanie z łóżka to wyzwanie. Gdy już się uda przejść do pozycji pionowej, odkręcam butelkę z wodą i piję, żeby kapcia pogonić. Wstaję, idę jak robot po schodach zapalić papierosa. To pierwsza rzecz, jaką robię, żeby sobie dopaminkę pobudzić. Trudno jest trzymać i odpalić zapalniczkę o ósmej czy dziewiątej rano, bo gnaty muszą się rozruszać. Jem coś szybko, próbuję pokonać jadłowstręt, idę się kąpać. Mycie głowy, choć włosy krótkie też nie jest łatwe, bo trzeba przecież podnieść łapki do góry… Siadam przy tym jebanym laptopie, odpalam google drive i plik HTML w notepadzie++ (polecam). Cała percepcja skupia się teraz na syntezie mowy, bo przecież muszę robić korektę. Dobrze, że w mechaniku mam lekkie przełączniki, więc palce męczą się mniej, gdy piszę. Po robocie odpowiadam na zaległe telefony, jem drugi posiłek jak dobry pies, biorę z szafeczki klonazepam na oko (w zależności od postanowienia 2, 4, 6, 8 mg), odpalam serial na netflixie, ewentualnie jadę z paradokumentami, i czuję, jak klony robią mi galaretkę z mózgu. Do spokoju i tak mi daleko.
Ostatnio, dwa dni przed jebanym czwartym dniem tygodnia, leżę, leżę, uwaliłam się jak zwierzę klonami, i pregabaliną… I winem, czuję jak odrywam się od ciała z powodu mocnej dysocjacji. Rób mi tak jeszcze… To nic, że znowu siebie zawiodłam. YOLO, kurwa mać. To było jakieś 450 lub 600 mg z obecną tolerancją ino na 75 mg, więc było mocno jeszcze przez kolejne dwa dni.
I znowu czwartek, i znowu ten sam schemat, i znowu będzie albo dobrze, albo źle… Pocieszam się, że trzeba to przeplatać innymi lekami, bo metotreksat sukcesywnie rozwala wątrobę, nery, wszystkie podroby, szczególnie brany dojapnie. Pani reumatolog jest bardzo sympatyczna, ale coraz częściej wspomina o ampułkach jak słyszy moje historie. Nie wiem jaki ma plan – wykończyć mnie, czy leczyć?
Zrezygnowanie mnie dopada – znowu. Znowu chciałabym wyjść z siebie albo dysocjacją, albo ostrym działaniem na receptory opioidowe. Ogarnęłoby ciepełko, błoga cisza, zmysły zachowałyby się inaczej niż zwykle, chciałabym się drapać do krwi z powodu wyrzutu histaminy. Czy to tak wiele?