Kategorie
Prywatnie

„Dziecko, jeszcze się przyzwyczaisz…”

Karina stawiła się na przegląd, bo od ponad czterech miesięcy dziwne objawy ze stron dystalnych się odzywają. Palce bolą, puchną, sztywnieją. Reumatolog skierował mnie na oddział z aż trójką lekaży prowadzących włącznie i trzema pielęgniarkami. Na reumatologii zagrożeń życia nie ma, więc luz. Są jedynie niewidomi i… No właśnie…
Przedział wiekowy zaczyna się od 40 do 90 lat, więc wystraszona i zażenowana 23-latka pasuje tam jak pięść do nosa. Przede mną idzie, jak się później okazało – współtowarzyszka nieudolnych prób odkręcania butelki wody o 6 rano, zapinania guzików, staników – Kasia… Dlaczego te klamerki są takie małe?
Pani Machały i pani kowalskiej nie ma na liście, więc meldujemy się telefonicznie i dopiero wtedy obie jesteśmy wpuszczone na oddział. Jesteśmy kierowane na szybki wywiad zbierany przez pielęgniarki i pomiary temperatury, ciśnienia i publiczne ważenie się. Mam dokładnie 163,5 cm wzrostu, a moje BMI dobija zapewne trzydziestki. Dokładna waga potrzebna jest m.in. przy kontraście do badań obrazowych.
Sala numer piętnaście, dwie panie z widocznymi deformacjami stawów rąk zbierają się do wyjścia i zwolnienia miejsca. Jakaś tam gadka zapoznawcza – same RZSy z mniejszym lub większym rozpędem, do tego całe litanie chorób współistniejących. Wychodzą podreperowane i na największych jakie można dawkach metotreksatu, metypredu. My kompletnie zielone w temacie czekamy co przyniosą następne dni.
Wstępny wywiad z bardzo sympatycznym reumatologiem, który wpisuje mi w kartę nietolerancję i nieskuteczność niesteroidowych leków przeciwzapalnych, pierdyliard badań krwi i badania obrazowe w międzyczasie pytając:
– Sztywność jest?
– Jest.
– Jak długo trwa?
– Do czterdziestu minut, ale proszę pana, z badań krwi nic nie wyszło!
– Nie szkodzi, niech się pani nie martwi. Jeśli krew jeszcze nic nie pokazuje, to albo nigdy nie pokaże, albo pokaże z czasem.
Sprawdza moją ruchomość stawów i ogląda moje dłonie.
– Z jakim odcinkiem kręgosłupa ma pani problem?
– Z lędźwiowym i szyjnym. Z szyjnym dlatego, że nieświadomie wymuszam nienaturalną pozycję głowy widząc tylko jednym okiem.
– A lędźwiowemu co się dzieje? Czy ból gdzieś promieniuje?
– Do prawego pośladka.
– Tak myślałem.
– Kurwa, na jakiej podstawie tak myślał i czy to jakoś widać?
– Pani tu taką notatkę stworzyła, to sobie ją zachowamy i będziemy z niej korzystać. Dobrze?
– Dobrze.
Wychodzę z gabinetu i robię tourne po oddziale z pielęgniarką. Bezwzględny zakaz palenia, ale elektryk jest zakitrany w plecaku. Czujniki dymu nie wykryją glikolu. Ha! Wszystkie nazwy napisane są wielkimi literami, ale te wielkie litery na nic się zdają gdy goni potrzeba. O tym później.
Poszłyśmy na poziom -1, gdzie mogliby zrobić prosektorium bez lodówek, bo było tak zimno – na rehabilitację. Proste ćwiczenia, plus świecenie laserem po łapach, plus koło z polem magnetycznym, w którym wyglądałam "jak kwoka", plus lampa rozgrzewająca na ten mój szyjny. Same kobiety na oddziale, i może tylko trzech starszych panów. My byłyśmy najmłodsze, ale złapałyśmy kontakt z kobietą 60 plus, która choruje już 30 lat (niespodzianka) – na RZS. Jeden palec miała jakoś wygięty i wykręcony prawie na drugą stronę. Tak mi się wydawało, gdy podawała mi rękę. Na potrzebę dalszego przebiegu nazwijmy ją Basia.
Wszyscy wyglądali tak samo, bardziej lub mniej połamani. Jak oni rozróżniają te choroby stawów? Kryteria, kryteria, kryteria. Każda choroba ma swoją ramkę, ale prawie wszystkie leczy się tak samo, nawet niesklasyfikowane. Dowiedziałam się o tym od pielęgniarki. Dowiedziałam się również, że metypredem będą zbijać mi CRP, ale w jak najmniejszej dawce progowej 4 mg – i to też powiedziała mi pielęgniarka, bo obchody są szybkie. Czemu w małej dawce? Ponieważ powiedziałam o depresji i przybieraniu na wadze przy większych dawkach. Brałam metypred w 2018 roku w związku z utratą słuchu przez miesiąc. Jebany miesiąc nieustannej zmiany nastrojów, myśli samobójczych, płaczu nawet wtedy, jak czyjś ton głosu mi się nie spodoba, i ulanej twarzy. Byłam nie do zniesienia.
Wchodzimy na pełnej i koniec pierdolenia: Jestem tu parę godzin i szykuje się test, czy aby nie ściemniam z tymi NLPZ, że nie pomagają z podaniem paracetamolu na ból, i piękny zestaw PWE (płynu wieloelektrolitowego) z lignokainą (stosowana głównie do znieczuleń miejscowych, ale podana dożylnie działa cuda w kwestii bólów kostno-stawowo-mięśniowych). Nie mijają dwie godziny, a ja po dwóch nieprzyjemnych razach w toalecie alarmuję pielęgniarkę, która daje mi największy opioidowy zapychacz – loperamid. W moim przypadku zwalnia perystaltykę na kilka dni czasem. Tej pani nie dajemy nic z NLPZ, a jakim lekiem jest ten drugiego rzutu po NLPZ? Tramadol. Chuj, że powiedziałam lekarzowi o napadzie padaczki po dużej dawce… Resztę dnia spędziłam na zachwycaniu się właściwościami nieuzależniającej lignokainy, rozmowie z współcierpiącą i oglądaniu TVN, a był to poniedziałek – dzień ośmieszenia i pokazania środkowego palca prawom człowieka, Unii, Srunii… Eh – nie będę się o tym wypowiadać.
Pobudka Raz! Dwa! Trzy! Szósta rano, mierzenie temperatury, podanie skali bólu od 1 do 10, mierzenie ciśnienia, śniadanie i podanie leków. Po kolei:
Może zacznę od skali bólu? Skalę podaje się subiektywnie, więc moim zdaniem ona jest mało warta, a według skali dobiera się sposób podawania leków, i jakich leków. Ja nie spodziewałam się co tam zastanę pierwszego dnia leczenia…
Śniadanie i żarełko ogółem w kilku zdaniach? Cztery małe kromki chleba z masłem wystarczą czasem na cały dzień. Jedzenie tam było tak podłe i chyba dla covidowców, którzy nie mają smaku ani węchu? Nie mam pojęcia. Nie mam również pojęcia jak można coś takiego podawać ludziom. Ja wiem, że to nie pięcio-gwiazdkowy hotel ani prywatna klinika, ale mogłoby być lepiej.
Leki: jestem na zejściu z pregabaliny. Podałam mamie schemat, a ona dołączyła go do naszych notatek. Co i jak odstawiać. 225 rano, 150 wieczorem. Już schodzę nawet sprawnie. Co od nich? 4 mg metypredu, 100 tramadolu, lignokaina 7 godzin po podaniu opioidu, jakiś miorelaksant wieczorem, hydroksy i spać, jeszcze potas.
Niczego nie świadoma idę na rehabilitację, bo leki po prostu wzięłam z kieliszka nie zastanawiając się co to, i jak to. Czuję to jebane wejście. Oj – zdecydowanie retardów mi nie dali. Po tym charakterystycznym wejściu jestem nawet w stanie rozpoznać, że to tramal jest. Nie da się go porównać z żadnym innym bo jest tak nieprzeciętnie chujowe… Co jest? Tylko 100 mg tak zauważalnie zadziałało na receptory? Tylko albo aż, po tak długiej przerwie. Gadamy. Zapamiętałam tylko coś takiego:
– A widzę, że pani taka spokojna jest, cichutka. – Powiedziała starsza pani Basia.
– Nie. Raczej jestem niespokojna i głośna, to przez tramal.
– Ah, wszystko rozumiem. – Basia się tylko uśmiechnęła patrząc, jak mnie sponiewierało.
– Karina śpi? – zapytała mnie chyba, koleżanka z sali.
– Chyba nie. – odpowiedziałam podnosząc głowę, bo mi opadła. Myślałam, że za dużo myślałam.
Pregabalina zdecydowanie zmieniła profil działania na wysoko sedatywny i włączyła nodding off tak płytki, ale zauważalny i upokażający, zwłaszcza w ciepełku lampy czy w magnetroniku. Przebrnęłam przez te wszystkie rozmowy o tym, że mamy sobie nie pozwolić podawać metotreksatu, bo to chemia, i to nic nie daje. Cały czas myślałam tylko o jednym: pójściu do łóżka. Z czasem działanie przeszło w euforyzujące i aktywizujące, więc przez resztę dnia nie było tak źle. Można powiedzieć, że odkryłam tramadol na nowo i połączenie z pregabaliną i klonazepamem będzie może w mojej playliście z miksami?
– Jakie mam źrenice? Rozszerzone czy wązkie? – Zapytałam Kasi, gdy wróciłyśmy do sali.
– Trochę rozszerzone, ale trudno stwierdzić. Gdy potem je obserwowała były wązkie. Nie mogłam uwierzyć w taki obrót sprawy.
Lignokaina 7 godzin po podaniu opioidu i po obiadku: wtedy naprawdę musiałam kłaść się do łóżka po wkłuciu, bo przysypiałabym na stojąco. Gdy się budziłam czułam tę niespożytkowaną euforię, bo przecież leżę z igłą w przedramieniu. Tam nie było wenflonów ze względu na rehabilitację. Z jednej strony dobrze – z drugiej źle.
Natychmiast zdałam znajomej raport z dawkami leków i planem diagnostyki. Ona powiedziała tylko, że chce takie kroplówki do domu, i zapytała: "Gdzie taki fajny oddział mają?"
Dlaczego tak piszę o interakcjach z ludźmi? bo mi to było potrzebne. Może to dziwne, ale po prostu miałam ogromną potrzebę rozmowy. Nawet nie chodzi o te same lub podobne problemy, ale po prostu rozmowę z kimś innym niż domownicy czy przychodnia jak chcę sobie klony wypisać.
Było tak spokojnie i monotonnie, że z każdym dniem pomimo zajebistej kontroli bólu, jeszcze bardziej zajebistych ludzi i najlepszym – pani Kasi i Basi, którym za wszystko dziękuję, chciałam po prostu do domu. Lekarz w tym samym czasie podaje nam metotreksat – w tym samym dniu, w tych samych dawkach. Na wypisach również mamy te same dni, tą samą diagnozę, te same dawki, te same leki – prawie te same.
Gdy w końcu słyszę o seronegatywnym RZS, podłamana idę korytażem, spotykam jak zawsze serdeczną panią Basię, która mówi:
– Dziecko, nie przejmuj się. Ja 30 lat z tym żyję, to i ty się przyzwyczaisz, i pogłaskała mnie po głowie tą wykręconą łapą. Czy moje też będą tak wyglądać?
Kasia przytuliła mnie na porzegnanie, wymieniłyśmy się kontaktami i pogroziła palcem, żebym znowu nie wjebała się w opioidy.
Epizodyczne: Na dwa dni przyszła do nas kobita z czymś nieokreślonym. Nauczycielka, i narzekanie, że oni mają najgorzej jest chyba domeną nauczycieli – stak stwierdziła Kasia. Przebywanie w takim towarzystwie było męczące, a umieszczenie najbardziej absurdalnej sytuacji z jej udziałem byłoby przegięciem z mojej strony. Na oddziale reumatologicznym są same kobiety, bo szczególnie reumatoidalne zapalenie stawów ma słabość do kobiet, dziewcząt, nawet nastolatek.
Wróciłam do domu, wykupiłam receptę, posłuchałam o przejściu z doustnego podawania metotreksatu na zastrzyk, jeśli będzie konieczność, i tyle. Trzy miesiące mam czekać. Zobaczymy jak będzie i trzymam kciuki.

Kategorie
Prywatnie

Triggery

Pojęcie "wyzwalaczy" może odnosić się do wszystkiego: jestem na diecie, ale oglądam programy kulinarne i chce mi się jeść to, na co mam akurat ochotę, śpię za dużo lub pogoda się zmienia – będzie bolało. Już teraz nie wiem co bardziej – czy głowa, czy stawy… Trzymam kciuki za metypred, o ile go dostanę, bo mam dość nakurwiania NLPZ. Mam za mało snu – mogę się spodziewać ataku Meniere’a, choć ostatnio naprawdę wątpię w jego istnienie i faktyczny stan. O czym będzie? O wyzwalaczach.
Byłam w przychodni dnia pewnego odebrać receptę na leki. Obok przychodni jest apteka, w której ów leki można bez problemu kupić. Podaję papierek z kodem, pani podaje mi dwa opakowania klonazepamu 2 mg na ladę, wyciąga je z szuflady pod biurkiem. W takich samych szufladach pod biurkiem, lub gdzieś w zasięgu ręki trzymana jest zawsze kodeina. Puls mi przyspiesza, bo nawet zapach aptek jest taki sam, dosłownie wszystkich.
Kodeina… Prosić o nią czy nie?
Druga osoba stoi obok i również realizuje receptę. Metformina, diaprel, Milurit… Aby się uspokoić rozmyślam nad listą leków pani obok – choroby wieku starczego. Kodeina – Antidol czy szybkie wypicie syropku po wyjściu z apteki? Ekstrakcja czy dyskrecja?
To będzie… 23 zł. Psia mać – na refundację byłoby 4,20 za jedno op. klonazepamu. Prosić o tę kodeinę czy nie? Kulminacyjny moment. Przykładam kartę do terminala i szybko muszę wyjść, bo zaraz przepalą mi się styki… Serducho wali, tylko jedno w głowie mam – kody 450 mg, po tak dużej przerwie. Wychodzę z apteki i potrzebuję czasu, by dojść do siebie, choć to otwieranie rany.
Mama robi chleb, do chleba dodaje mak. Kupuje mak mielony, bo wie, że nie można go przerobić na PST, no ale mak to zawsze mak. Przykro mi się robi. Komendy i nakręcanie się też działa: cały czas, choć narazie mam przerwę, to opisuję jak działa tia jako opioid, opisuje oksykodonowe i morfinowe protipy, a w głowie potem gorzej. Wpada się w środki zastępcze, choć benzo ma z przyjemności tyle, co nic. Używanie klonazepamu jest jak manipulacja czasem. Osoba trzeźwa odbiera jedną sekundę osoby sklonionej jako 10 sekund. Klonazepam jest zgubny – dochodzi pewność siebie, ale wszyscy to widzą, że go brałeś – nie martw się.
Mózg lubi się bawić z właścicielem. Nawet pora roku, jaką mamy sprzyja ponownemu wejściu w opiaty, bo słoneczko świeci, a maj zawsze kojarzył mi się z ciągami – maj, czerwiec, lipiec, sierpień, i tak dalej… Mózg jest bezlitosny.
Wyzwalają też miejsca i przedmioty: szklanka, w której robisz ekstrakcję, strzykawki, igły, pokój w którym ćpasz, nawet niektóre utwory muzyczne. To taki intymny związek – prawie jak po utracie osoby. Gdy bliska osoba odchodzi, wszystko będzie się tobie kojarzyć z nią, choć te skojarzenia z biegiem czasu tracą na intensywności.
Pocieszam się, że alkoholicy mają gorzej – zwłaszcza w teraźniejszym reżimie sanitarnym. 🙂 Płyny do dezynfekcji, środki czyszczące, monopolowy na rogu, perfumy zawierające alkohol, woda po goleniu, prawie wszystko.

Kategorie
Recenzje

I-dose – siła autosugestii czy nie? Czy ktoś dowiódł, że to działa?