Kategorie
Prywatnie

Mój pierwszy precel – oto co presja czasu robi z człowiekiem

Wyplułam coś takiego. UFFF. 10 minut na to miałam, i 600 znaków wypełnione. 😉

Wszyscy wiemy jak wyglądają zajęcia z informatyki w szkołach. Nauka programowania kończy się na napisaniu prostej strony internetowej w HTML z gotowego szablonu. Kodowanie dla dzieci jest możliwe wtedy, kiedy dziecko posiada predyspozycję do myślenia logicznego, analitycznego, potrafi rozwiązywać problemy. Całoroczny Kurs kodowanie dla dzieci powstał z myślą o rozwoju przyszłych programistów, którzy wyrażają chęci, ale nie mają jak ich zrealizować.
INSTAKÓŁKO TO CAŁOROCZNY KURS ONLINE DLA DZIECI Z KLAS 3-8 SZKOŁY PODSTAWOWEJ ORAZ 1 KLASY SZKOŁY ŚREDNIEJ.
Bardzo zależy nam na rozwoju przyszłych programistów.

Kategorie
Recenzje

Gdybanie takie – dla zajęcia czymś głowy

Na samym wstępie chciałabym zaznaczyć, że jestem zupełnie przeciwna pisaniu fanfiction, ponieważ to profanacja za zwyczaj dobrych konceptów, skoro mają fandom. Jeśli ktoś znajdzie mi fanfick 50 twarzy Greya lub 365 dni, będę bardzo szczęśliwa, lub skonfundowana. 😊
Moją głowę zaprząta wiele myśli – w tym momencie to modyfikacja drążka z piłką na sznurku tak, by udźwiękowienie miało sens, było lekkie i spełniało dobrze swoją funkcję. Pomysł jednak upada im częściej odbijam piłeczkę. Doszłam do takiej „wprawy”, że kończy się już na pięciu odbiciach z lewej lub prawej strony, a zaczynałam od… Jednego.
Usiadłam do tekstu by nie myśleć o bólu stawów, i gębie czerwonej jak u diabła, bom zapomniała, że po metotreksacie skóra jest bardziej podatna na słońce. To taki środek, gdzie nie można prześmiewczo zapytać: „a czy mogę przynajmniej się pokochać z chłopakiem”? – Nie, nie może pani, bo lek jest teratogenny. Zaczęłam o fanfiction.
Ben 10 to praktycznie uniwersum bez dna. Nie zagłębiam się w teorie fanów, w opowiadania z dupy, bo co mogłabym napisać o technologii galwan, która stara się być jak najbardziej eco-friendly? No trochę nic sensownego. Chciałabym jednak poruszyć parę kwestii, które bardzo mnie bolą w obecnym kształcie wszystkich serii i filmów dodatkowych.
1. Piąty odcinek, gdy Vilgax wysyła myśliwych, by zdobyli omnitrix w zamian za nagrodę.
Wśród myśliwych znajduje się oczywiście ten dobry gość. Petrosapien imieniem Tetrax. Bierze delikatnie Bena na stronę, spuszcza mu wpierdol tłumacząc mu, że kompletnie nie zna się na strategii i technikach walki. Krótko mówiąc, musi pomyśleć, kiedy włączyć omnitrix.
W tajemnicy Omnitrixa dowiadujemy się o SDM, o istnieniu Azmutha, o byłych asystentach Azmutha, i o tym, że Tetrax kiedyś rzeczywiście pracował dla Vilgaxa i przez swoją głupotę był współwinny zniszczenia swojej ojczystej planety – petropii. Od tej pory chodzi okutany od czubka głowy do stóp, by się nie wydało, że to on został jedynym żyjącym z gatunku.
Co widzimy w Tajemnicy Omnitrixa? Statek Tetraxa posiadający salę treningową, symulator lotów na X321, sprzęt zdolny do tak dokładnych badań medycznych, że można sprawdzać stan części nie tylko organicznych, ale i mechanicznych w 3D, bez rozbierania sprzętu lub formy życia. Skoro Tetrax wygarnął 10-latkowi, że nie zna się na technikach walki, dlaczego nie został jego trenerem? Opanowanie umiejętności Petrosapiena i nieskończonych możliwości tego gatunku nie jest wcale takie proste. Sala treningowa i parę odcinków byłoby w sam raz. Skończyło się na odnalezieniu Azmutha, a w piątym odcinku serii klasycznej – deskolotnią (X321) w prezencie. Miły gest?
Tetrax pojawiał się potem bardzo rzadko. W filmie, o którym wszyscy zapomnieli oraz dopiero chyba w Alien Force, gdzie próbował odtworzyć swój ojczysty świat, wydzierając z Omnitrixa backup strażnika Petropii. Podobno to on jest odpowiedzialny za stworzenie ich wszystkich. Nie pytajcie mnie jednak o nazwę tego gatunku. No czuję niedosyt. ☹
2. Xylene, lub jak kto woli – Xylena, w naszym dubbingu.
Xylena pojawiła się tylko w jednym odcinku. Kilku ziomków wyrwało ją z hibernacji, gdy jeździli sobie na skuterach śnieżnych. A co potem?
Dowiadujemy się, że Xylena posłała Omnitrix na ziemię dla dziadka Bena – po pierwsze, bo miał wiele zasług, po drugie, bo był jej ex… Nie pytajcie. Dobrze, że ta rasa nie może akurat kopulować z ludźmi, bo gatunek Xyleny wyklówa się z jaja i jest humanoidalną jaszczurką zdolną do latania i telekinezy, z ogromną łatwością. Polubiłam ją za jej pragmatyzm i chłodne kalkulacje. Co tam człowiek? Najważniejszy jest omnitrix! Przez znajomość działania urządzenia i swoje doświadczenie mogłaby być bardzo pomocna, przynajmniej nie trzebaby ściągać fachury z Galwana gdy coś się zglitchuje. Będąc w szeregu hydraulików. Byłaby dobra jako pomoc techniczna lub, po prostu baba z jaja z jajami, doświadczona w działaniach wojennych i dyplomatycznych. Ciekawe czy Verdona się wściekła jak widziała cmoka na porzegnanie? Verdona to ta właściwa ukochana, z którą udało się spłodzić potomstwo. Ale jak? Verdona twierdzi, że jej rasa nie ma DNA, ale mówiła o iskrze. Tyle, że Iskra przeszła dopiero na jej wnuki. Coś nie pykło w kleceniu tej historii o stworzeniu energetycznym i człowieku – ta kwestia innym razem.
3. Eunice.
Eunice to Unitrix. Zacznijmy od początku. Przed stworzeniem omnitrixa był Unitrix, by zobaczyć, czy plan w ogóle ma szansę się powieść. Niewiadomo z jakiego powodu, Unitrix zniknął z pracowni Azmutha i znów wylądował na ziemii. Gdy Gwen dotknęła kapsuły, Unitrix wygenerował DNA człowieka o tej samej płci, ale zupełnie innych cechach. W Science-fiction lubią trudne i ciekawe słowa. Randomizacja kodu DNA – dokładnie tak.
Eunice miała więc świadomość, uczucia, poczucie człowieczeństwa, nie wiedziała, że jest symulacją, maszyną. Kiedy Azmuth jej to szorstko uświadomił i chciał schować ją gdzieś wśród niedokończonych projektów, bardzo się obraziła. To jest dopiero traktowanie przedmiotowe. 😊 W ostateczności Azmuth zagarnął ją do brudnej roboty na Primusie i dał jej kilka usprawnień. Mogła korzystać z DNA z Primusa, kiedy tylko chciała, stała się więc żywym omnitrixem, z własną świadomością i temperamentem. Pojawiła się w dwóch odcinkach. W pierwszym, gdzie ją przedstawiono, i w drugim, gdzie sprawdzała wszystkie próbki z rzeki kodonu, po kolei. Gdy wykryła błąd w kodzie jednej rasy, musiała polecieć na planetę rzeczonej rasy, bo drony do pobierania próbek nie dały rady z powodu rozpierduchy spowodowanej przez pozostałości po nadistotach – czyli Xenocyty.
Jaki miałabym pomysł na Eunice? W związku z tym, że Eunice jest żywym Omnitrixem, ale podpiętym do Primusa, a Omnitrix finalny ma kody wprowadzone w formie elektronicznej, nie ma interferencji, więc mogłaby zostać partnerką Bena, do walki oczywiście, ale to chyba byłoby za silne combo i chydraulicy nie mieliby co robić. Nie – nie mam nic do Rooka z Omniversa, ale wydaje się taki sztywny i mało interesujący, nawet mając prototoola i proto ciężarówkę – oba urządzenia galwańskiej myśli technologicznej. Nie polubiłam, a Eunice mi szkoda, że każdego dnia musi utrzymywać Primusa, sprawdzać cały czas rzekę kodonu, uzupełniać repozytoria, i znosić trudną osobowość Azmutha.
4. Gwen jako anodytka.
Verdona jest babką Gwen, więc Gwen jest hybrydą – pół człowiekiem, pół Anodytą, czyli stworzeniem energetycznym zdolnym do panowania energią życia. Dagon określił te stworzenia jako najpotężniejsze istoty w tym wymiarze. Do tej pory Gwen używała magii, by panować nad swoimi zdolnościami, potem zaczęła pokazywać jeszcze więcej, między innymi swoją projekcję postaci jako anodytka, a w Omniverse zaczęła jej używać nagminnie.
Verdona powiedziała, że na opanowanie swoich umiejętności Gwen potrzebowałaby siedemdziesięciu lat, i musiałaby pozbyć się ludzkiego ciała. Krótko mówiąc – Verdona chciała zniszczyć ciało Gwen, by uwolnić jej pełen potencjał. Nie spodobało się to samej Gwen, jej chłopakowi tym bardziej. 😊 Postanowiła rozwijać się po swojemu, a do babki zwracać się tylko wtedy, gdy jest grubo.
Męczył mnie ten wątek, bo i sama kobita się męczyła, to jej panowanie nad energią było chujowe, i w ogóle to, że anodyci nie mają DNA? Pewnie dlatego, żeby nie znalazło się w omnitrixie jako kolejny gatunek do odhaczenia. 😊 Wiem, wiem. Chcieli tę postać jakoś wyróżnić.
Póki co to wszystko. Jak coś przyjdzie mi do głowy, koniecznie dam znać. Do następnego.

Kategorie
Prywatnie Recenzje

Coś innego

A tym czasem, idę dalej cisnąć 🙂 Trzymajcie się w czas weekendu. 😉

Kategorie
Prywatnie

Cyber CNS – elektroniczny układ nerwowy…

Drążę i drążę, bo dziś w nocy widziałam w umyśle bardzo ciekawą historię. W skrócie: psychiatra, z którym mam kosę po ostatnim detoksie prowadził program zamiany organicznego OUN na ten elektroniczny. Wszystko tylko przerwał kabel od słuchawek…
W sumie mogłabym na podstawie tego coś fajnego napisać, ale na pewno zrobią to za mnie tamci z netflixa – pozostaje czekać na coś podobnego. 😀
Jakie zastosowanie znalazłby w pełni zautomatyzowany OUN? Dobre i złe, bo układy można programować, infekować, znowu dystopijne wizje się tu roztaczają na pełnej. Zalety? Ludzka bezawaryjność, wszystko na swoim miejscu. Czy wtedy człowiek jest kodem i żyjemy w „matrixie”? Tak i nie. Jak tak teraz o tym piszę to nieciekawie się zapowiada, że niby więcej wad niż zalet? Mimo tego, że to niezwykła abstrakcja, zacznę od podstaw podstaw.
Żeby elektroniczny OUN mógł działać, to musi mieć input z obwodowego układu nerwowego… Nie? Więc zwoje, nerwy, też musiały zostać poddane modyfikacjom. Obwód zbiera informacje i jest jakby – pośrednikiem układu autonomicznego oraz somatycznego – w wielkim skrócie. Ośrodkowy układ nerwowy jest odpowiedzialny za przetworzenie informacji i wyplucie jej na zewnątrz w postaci odruchu, stwierdzenia, interpretacji bodźca, czegokolwiek.
Elektroniczny OUN jest robiony pod osobę – nie ma generycznych układów. Ma za zadanie zlikwidować bolączki organicznego odpowiednika.
Zaraz ktoś zapyta: Niewidomi mają problemy w płacie potylicznym. Dlaczego by nie wymienić ośrodków i nerwów? A reszta tradycyjna?
Ze względu na niską wydajność układu organicznego, podatność na nienaturalnie wyższe napięcie wysyłane na zaimplantowaną część OUN, po prostu nie ma „kompatybilności wstecznej”.
Skoro nie ma, to jak przenieść osobowość i wspomnienia?
Nie pytajcie, bo gdybym miała zbudować taki element w jakimś uniwersum, to pewnie powiedziałabym, że to wszystko wygląda jak przeszczep serca. Podczas operacji pacjent podłączany jest do krążenia pozaustrojowego, tak jest i w tym przypadku. Tworzy się tymczasowe połączenie pomiędzy człowiekiem, a układem, który ma dostać. Żeby to wszystko ładnie chodziło, układ obwodowy jest ustawiony na najniższe, podstawowe parametry, dostosowane do organicznego ośrodkowego. Gdy tam wszystko styka i nic nie odbiega od normy, korzystamy ze stworzonego tymczasowego połączenia dwóch układów. Gdy części organiczne zostaną całkowicie zastąpione układem elektronicznym, parametry naszego „wejścia”, są szybko przestawiane na docelowe – wyższe. Ma to sprzyjać lepszej wydajności, lepszemu czasowi reakcji, ma wyeliminować wszystkie, fizjologiczne wady…
Przez jakiś czas następuje proces adaptacji do nowych warunków. Organizm chodzi na czystym OUN z podstawowymi procesami, a potem zostaje poddany obróbce. Wspomnienia są konwertowane, nasze dotychczasowe „atrybuty” również. Czy człowiek wtedy Jest świadomy? Nie. To taki standby. Świadomość, podświadomość, są dopiero w przygotowaniu.
Jak wygląda proces adaptacji? Bardzo prosto. Oprócz monitorowania podstawowych funkcji życiowych w postaci parametrów na monitorze, lub logów , które podaje OUN, potwierdza się czynność wszystkich sekcji oprogramowaniem diagnostycznym. W przypadku „pnia mózgu”, testy można wykonywać tradycyjnie. Pomocne będą podstawowe próby kaloryczne, ocenianie reakcji źrenic na światło, odruchu rogówkowego, reakcji na ból, odruch wymiotny czy kaszlowy, czynność ośrodka oddechowego można również sprawdzać – albo na monitorze, albo tradycyjnie.
W moim „przypadku”, wymiana OUN była skierowana na badania nad emocjami, chorobami psychicznymi i/lub moje personalne, nad tolerancją. A jakże!
Po adaptacji przyszedł test na ćwiczenia w terenie. W programie brało udział jeszcze trzech typów.
Gdzie najlepiej testować emocje i reakcje? Na drodze – a jakże, lub w symulatorach. Przeszliśmy przez gry logiczne, programy oceniające czas reakcji, to były testy syntetyczne. W testach praktycznych pani psychiatra wysłała nas na fragment zamkniętej drogi, gdzie mieliśmy się rozpędzić do dużych prędkości na… Motocyklach. Mieliśmy się wymijać, szybko ciąć zakręty i nawzajem sobie przeszkadzać.
Nie prowadziłam sennych dywagacji nad tolerancją, ale ustalam sobie, że gdyby potrzebna była nam zmiana percepcji, związki chemiczne również mogłyby być „napisane” od nowa, jako skrypty, które działają w tle. Jak koncerny mogły by na tym zarabiać? A na przykład metodą subskrybcji. Nie masz dostępu do skryptów, jeśli nie zapłacisz. I żeby nie było – raz na trzy miesiące, lekarz prowadzący wystawia sygnaturę na ten i ten rodzaj skryptu, he… he…
Programiści narkomani? Czemu nie? W tym wypadku można być samowystarczalnym, i zjawisko tolerancji nie występuje w ogóle, bo niby dlaczego? Jak przecież to tylko usługa w tle? Nie wyobrażam sobie ciągłego, silnie symulowanego oddziaływania na ala doregulowane, moje ukochane receptory opioidowe. 😀 Jeśli ktoś by się doczepił: „ale Karina, one są też w części obwodowej, nie tylko w ośrodkowej”, to mam odpowiedź. Przecież podmieniliśmy część obwodową, całą, na kompatybilne układy.
A co z objawami abstynencyjnymi i tą całą odpowiedzią?
Nie, też ich nie ma, bo nie ma żadnych, up czy down regulacji. Wszystko jest ustawione na sztywno i jest regulowane tylko z racji odruchów i odczytów z tkanek.
Wady? Zapraszam do dyskusji, czy coś, bo może nie oryginalny, ale fajny kawałek czegoś się tu stworzył – w sumie sam. 😉

Kategorie
Prywatnie

Jestem wściekła…

Jakiś czas temu słuchałam kątem ucha wywiadu w śniadaniówce TVP z kobietą, która ma RZS. Z tego robi się jakaś plaga, albo póki sam problem mnie nie tknął – nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaki jest powszechny. Tak siedziała, i zestresowana mówiła o procedurach diagnostycznych, o leczeniu biologicznym itp.
Zdychanie po metotreksacie zredukowało się do dwóch dni – czwartku i piątku. Nie mogę wtedy usiedzieć przy komputerze, bo zrobienie paru kroków po prostu mnie męczy, do tego stopnia, że zieję jak pies i się pocę. Czy męczenie się jest tego warte? Sama nie wiem.
Mamy sierpień, leczyć zaczęłam się pod koniec maja. Dwa dni, czy nawet trzy od podania, są fajne i spokojne, jeśli nie zwrócę dawki. Tamten czwartek był straszny, bo po raz kolejny podeszłam do dawki wyższej i rzygałam jak kot. Ciągle zapominam zadzwonić do przychodni i wypisać sobie leków przeciwwymiotnych przy okazji klonów. Problem nie dotyczy tylko barków, dłoni i stóp – ostatnio zaczął sztywnieć mi kark i tępy ból głowy zrobił się bardziej dokuczliwy. Gdzie się podziały tamte kroplówki z PWE i lignokainą 4 godziny od podania setki tramadolu? Taka kontrola bólu mi wystarczyła, ale wiem, że to tylko przejściowe…
Stres w pracy też robi swoje. Mam wrażenie, że jestem w dupie z materiałem, że są niedopatrzenia, więc boli bardziej. Znowu mam kryzys i płakać mi się chce, bo ból wraca do pozycji wyjściowej, a wszystko z powodu – albo nieutrzymania jednej dawki metotreksatu, albo z powodu stresu. Sen też cierpi na jakości. Kładę się spać o przedziwnych porach ostatnio, ale przynajmniej noce wykorzystuję produktywnie.
Budzę się, wstanie z łóżka to wyzwanie. Gdy już się uda przejść do pozycji pionowej, odkręcam butelkę z wodą i piję, żeby kapcia pogonić. Wstaję, idę jak robot po schodach zapalić papierosa. To pierwsza rzecz, jaką robię, żeby sobie dopaminkę pobudzić. Trudno jest trzymać i odpalić zapalniczkę o ósmej czy dziewiątej rano, bo gnaty muszą się rozruszać. Jem coś szybko, próbuję pokonać jadłowstręt, idę się kąpać. Mycie głowy, choć włosy krótkie też nie jest łatwe, bo trzeba przecież podnieść łapki do góry… Siadam przy tym jebanym laptopie, odpalam google drive i plik HTML w notepadzie++ (polecam). Cała percepcja skupia się teraz na syntezie mowy, bo przecież muszę robić korektę. Dobrze, że w mechaniku mam lekkie przełączniki, więc palce męczą się mniej, gdy piszę. Po robocie odpowiadam na zaległe telefony, jem drugi posiłek jak dobry pies, biorę z szafeczki klonazepam na oko (w zależności od postanowienia 2, 4, 6, 8 mg), odpalam serial na netflixie, ewentualnie jadę z paradokumentami, i czuję, jak klony robią mi galaretkę z mózgu. Do spokoju i tak mi daleko.
Ostatnio, dwa dni przed jebanym czwartym dniem tygodnia, leżę, leżę, uwaliłam się jak zwierzę klonami, i pregabaliną… I winem, czuję jak odrywam się od ciała z powodu mocnej dysocjacji. Rób mi tak jeszcze… To nic, że znowu siebie zawiodłam. YOLO, kurwa mać. To było jakieś 450 lub 600 mg z obecną tolerancją ino na 75 mg, więc było mocno jeszcze przez kolejne dwa dni.
I znowu czwartek, i znowu ten sam schemat, i znowu będzie albo dobrze, albo źle… Pocieszam się, że trzeba to przeplatać innymi lekami, bo metotreksat sukcesywnie rozwala wątrobę, nery, wszystkie podroby, szczególnie brany dojapnie. Pani reumatolog jest bardzo sympatyczna, ale coraz częściej wspomina o ampułkach jak słyszy moje historie. Nie wiem jaki ma plan – wykończyć mnie, czy leczyć?
Zrezygnowanie mnie dopada – znowu. Znowu chciałabym wyjść z siebie albo dysocjacją, albo ostrym działaniem na receptory opioidowe. Ogarnęłoby ciepełko, błoga cisza, zmysły zachowałyby się inaczej niż zwykle, chciałabym się drapać do krwi z powodu wyrzutu histaminy. Czy to tak wiele?