Kategorie
Prywatnie Recenzje

Pregabalinowe impresje

Pierwsze podejście do pregabaliny w dawkach 2x 75 mg zaczęłam równy rok temu. Jednak to był swego rodzaju falstart, ponieważ nawet przy takiej małej dawce skutki uboczne były po prostu nieznośne: poszatkowanie pamięci, zapominanie słów, dziwne parestezje: jednego dnia nie czułam prawej nogi od uda do kolana, drugiego zaś drętwiała mi warga. Nie mogłam wykorzystać jej pełnego potencjału, ponieważ dawka była za mała, i reakcje były zbyt gwałtowne. Odstawiłam zaledwie po miesiącu czy dwóch miesiącach użytkowania – bez żadnego problemu.
Mój ówczesny zestaw leków:
• Betahistyna 2x 24 mg;
• Piracetam 2x 1200 mg;
• Tianeptyna 2x 12,5 mg, lecz projekt został porzucony, ponieważ dowiedziałam się, że może działać jako w pełni syntetyczny opioid, z w pełni syntetycznym euforyzująco-sedująco-otępiającym działaniem. Koncept terapeutycznego używania tianeptyny został więc porzucony;
• Klonazepam – wtedy 0,5 mg (1 mg podczas ataku) – spisujący się bardzo dobrze, co już omawiałam;
• Prometazyna 25 lub 50 mg – a to podczas ataku, a to na podbitkę kodeiny. Narkus zawsze coś skombinuje…
W międzyczasie byłam na kontroli w IFPS (Instytut fizjologii i patologii słuchu). Tam powiedzieli mi, że dawka pregabaliny była zbyt mała by zatrzymać ból przewlekły i zapobiec kolejnym atakom migreny przedsionkowej. Poszłam tam również do neurologa, który powiedział praktycznie to samo i dał mi topiramat i almotryptan – potężny zestaw, który wraz ze zwiększaniem dawki o 25 mg zrobił ze mnie – nawet nie potrafię tego określić. W każdym razie było źle. Doszło do myśli samobójczych, wizji miksu świętej trójcy depresantów (opio, alko, benzo), i utopienia się w wannie po zaśnięciu dla pewności – oops… Czy to nie brzmi znajomo? W każdym razie nie interesowałam ani nie inspirowałam się Whitney. 😉
Pregabalina wróciła do mnie w kontekście skręta po moich zabawach z oksykodonem, dihydrokodeiną i kodeiną na wejściu. W nocy, gdy pobudzenie psychoruchowe nie dawało mi zasnąć wysępiłam od lekarza mającego wtedy dyżur 75 mg pregabaliny. Nie wiem czy to była autosugestia, czy normalne działanie, lecz po poczuciu charakterystycznych problemów z błędnikiem przy pierwszych dniach używania leku lub zwiększania dawki rowerek i inne nieprzyjemności zniknęły. Dowaliłam jeszcze piątką diazepamu i mogłam już zasnąć bez większych problemów.
Opis typowo techniczny:
Wykorzystuje się ją wiadomo – przy epilepsji z napadami częściowymi (mierne rezultaty), w lęku uogólnionym (najlepsze rezultaty), i w różnych neuropatiach/neuralgiach (również bardzo dobre rezultaty). Pregabalina jest pochodną GABA, nie działa ani na GABA A, ani na GABA B, nie jest agonistą tego receptora – NIE działa jak typowe GABA-ergiki. wiąże się natomiast, z białkami w obrębie podjednostki α2δ, nie działa (zupełnie) na kanały sodowe.
Pregabalina w praktyce:
Po detoksie wyszłam z dawką 300 mg/d. Z początku działała aktywizująco i prospołecznie. Mogłabym powiedzieć, że tak szybkie podnoszenie dawki i konsekwentne zażywanie (bez wyskoków) wybawiło mnie od depresji, wielomiesięcznej depresji po odstawieniu opioidów. W moim odczuciu – wpłynęła też na potrzebę zażywania narkotyków: otworzyła na ludzi, zmniejszyła głody i uwolniła umysł – oczywiście do czasu…
Nastał kryzys. Rozstałam się z chłopakiem, więc nawrót, pierdolony nawrót i potężne głody, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić. Zaczęłam więc zażywać pregabalinę rekreacyjnie (początkowo 600 mg), potem 900 mg. Niestety – natura ćpuna czasem popycha do niepotrzebnego zwiększania tolerancji. Znów sięgnęłam po opioidy (najpierw kodeina, potem oksykodon). Nie jadłam tydzień, znów zaczęłam nadużywać również klonazepamu (pregabalina i klonazepam bardzo dobrze się uzupełniają, w moim odczuciu). Nikotyna też jest dobra na podbitkę pregabaliny (dopamina, serotonina), u mnie uruchamiała falę euforii – najbardziej po sniffowaniu tabaki, lecz dym z fajka też nie był zły do tych celów. 😉
Pregabalina w dawkach pozaterapeutycznych wyłącza lęk całkowicie, podnosi pewność siebie i włącza prymitywne myślenie. Wychodząc na miasto po dawce 900 mg, zataczając się i mówiąc „ociężale i powoli” jak ostatni menel i żul wsiadłam obcemu chłopu do auta i poprosiłam by obskoczył ze mną 4 apteki w poszukiwaniu kodeiny. Nie zamykałam mieszkania, pamięć krótkotrwała również zataczała się i szła w dół, prawie się wyłączała całkowicie. Zapominałam o tym, co powiedziałam przed chwilą, zapominałam o podstawowych rzeczach.
Skutki zażywania rekreacyjnego pregabaliny:
Zaczęłam puchnąć, więc przy takim maratonie z brakiem przyjmowania pokarmu i na ciągłym, pregabalinowym haju dowaliłam 500 mg acetazolamidu, co pozbawiło mnie czucia w kciuku oraz palcu serdecznym i małym ręki prawej na prawie dwa tygodnie, dopóki nie zaczęłam suplementować potasu i nie dostałam kroplówek z PWE i magnezem na jednym z wrocławskich sorów. Nie wylądowałam na sorze przez niedobory, lecz przez potężny atak Meniere’a, który doprowadził mnie do nagłej utraty słuchu do zera i oprócz PWE i magnezu, musiałam jeszcze dostać dexametazon i.v. – nie do jamy bębenkowej.
Wracając do rodzinnego domu na zapadłej wsi, porzuciłam myśl brnięcia coraz bardziej w dawki rekreacyjne pregabaliny – przecież takie atrakcje (zataczanie się, zawroty głowy, wrażenie alkoholowego upojenia), to ja mam na trzeźwo i na co dzień, gdy jestem w ostrej fazie problemów przedsionkowych. Jednak gdy znów głowa powiedziała mi o opioidach, znów pojechałam z nią ostro.
• Dzień 1: 900 mg pregabaliny, 72 mg betahistyny, 75 mg cynnaryzyny, 2400 mg piracetamu, potas SR: pracuje mi się jakby lepiej, zajmowanie się czymkolwiek sprawia mi przyjemność. Nieprzytomny wzrok, źrenice jakby zwężone, zagłuszona chęć przyjęcia opioidów.
• Dzień 2: 1,2 g pregabaliny, 72 mg betahistyny, 75 mg cynnaryzyny, 2400 mg piracetamu, potas SR: za dużo – po prostu za dużo. To była dawka wręcz amnezyjna. Znów przeorało mi pamięć krótkotrwałą, ale wykonywałam swoją pracę również bez większych problemów. Praca fizyczna też wydawała mi się lekka, łatwa i przyjemna.
• Dzień 3: 1,2 g pregabaliny, 72 mg betahistyny, 75 mg cynnaryzyny, 2400 mg piracetamu, 500 mg acetazolamidu, 20 mg cetyryzyny, potas SR: pojawiła mi się dziwna wysypka na twarzy, lecz antyhistamina ją zbiła, a acetazolamid pomógł trochę z puchnięciem w coraz szybszym tępie. Dociera do mnie, że używanie pregabaliny w dawkach pozamedycznych jest bezsensownym pomysłem, lecz…
• Dzień 4: 1,5 g pregabaliny, 72 mg betahistyny, 75 mg cynnaryzyny, 2400 mg piracetamu, 500 mg acetazolamidu, 30 mg cetyryzyny, potas SR: Wrażenia jakby takie same. Pregabalinowa rzeczywistość jest jakby wciągająca i przedziwna. Nie mam CEVów, tym bardziej OEVów, lecz może to wynikać z mojego nerwu wzrokowego. Work work work! Poprawiaj jednocześnie tekst i kod HTML… Lecz jest mi dobrze, jest mi przyjemnie i miło, to jest taka jakby izolacja od świata zewnętrznego, od problemów i innych takich. Jednak bardzo szybko po takiej dawce, zaciągnęło mnie do łóżka.
Potencjał uzależniający pregabaliny:
Na początku zaznaczę, że lek należy odstawiać stopniowo i powoli (ucinając 75 mg np. co 2 tygodnie).
Pregabalina uzależnia stosunkowo słabo psychicznie. Zwolennicy pozamedycznego użycia nudzą się szybko jej rekreacyjnym działaniem – lekką dysocjacją, wrażeniem podpicia alkoholowego, zmianą percepcji. Objawy uzależnienia fizycznego są natomiast, mogłabym powiedzieć, że inne u każdego. Wspólną cechą są objawy z odbicia, objawy zaburzeń, na które lek był stosowany. Uzależnieni donoszą o anhedonii (przeciwieństwo aktywizacji i euforii), odczuwaniu bólu fizycznego (działanie "przeciwbólowe" pregabaliny), lęku (działanie przeciwlękowe), biegunkach, rozbiciu ogólnym, objawach grypopodobnych, bezsenności, pobudzeniu psychoruchowym… Będąc szczerą – z opisów przypomina mi to trochę, jakby zespół odstawienny po opioidach, lecz o wiele gorszy. Przyjęło się, że odstawianie modulatorów GABA jest z reguły cięższe, niż samych opioidów. Jeśli uzależniony używał pregabaliny z gabapentyną, by uzyskać trochę "synergistyczny" efekt, objawy odstawienne mogą być jeszcze bardziej nasilone. Wszystko zależy od długości stosowania i od dawek, z których się schodzi. Warto zaznaczyć, że raczej nie można odstawiać pregi benzodiazepinami (to ostateczność), natomiast benzodiazepiny pregabaliną już można. Pregaba może zwiększyć potencjał diazepamu na końcu odstawiania i spowodować aktywizację, powrót chęci do życia, tak jak u mnie – "zwróciła mi życie".
Pregabalina i mój umęczony błędnik:
Muszę zaznaczyć, że 2 mg klonazepamu oraz 300 mg pregabaliny podawane w ciągłości przez miesiąc wpłynęło bardzo dobrze na głośność szumów i intensywność ataków. Mogłabym powiedzieć, że było mi dobrze z takim stanem rzeczy. Migreny się wyciszyły, pływające zawroty głowy (dizziness) również, zawroty głowy przy atakach (vertigo) zaczęły być mniej intensywne. Myślałam już, że wchodzę w remisję choroby. Po kilku większych i mniejszych atakach jednak, porzuciłam moje nadzieje.
Podsumowanie:
mam wrażenie, że mechanizm działania pregabaliny jest nie do końca poznany. To substancja o działaniu skomplikowanym bardziej, niż się innym, mądrzejszym ode mnie wydaje. Szukałam nawet czegoś o pomniejszym działaniu na receptory opioidowe, i na jakimś NCBI chyba, nie tylko ja miałam taki pomysł. Wykonano badania i (z tego co zrozumiałam, choć to może byćkompletny bullshit), wykazano słaby agonizm receptorów opioidowych. Tym czasem, czekam na kolejne opakowanko Egzysty i wrócę grzecznie po dwóch czy trzech tygodniach do stosowania terapeutycznego. 😉 

Kategorie
Recenzje

klonazepam, klony, kloniki – droga w jedną stronę. Czy na pewno?

Klonazepam gości w moim „jadłospisie” już od ponad roku. Nie – nie weszłam w pełni w benzodiazepinową czeluść bez dna, ze zwiększającą się tolerancją, opierdalaniem połowy blistra dziennie, jednak niemalże dostaję ataku paniki, gdy te sympatyczne tabsiki się kończą. A dlaczego go dostaję? Bo to jedyna, podkreślam, jedyna substancja, która jest zdolna do przyciszenia szumu, wyciszenia drgawek i spowolnienia zawrotów głowy przy ataku choroby Meniere’a lub migreny przedsionkowej.
Szczerze mówiąc – nie odróżniam jednego od drugiego. Gdy przychodzi atak mogę poznać tylko po problemach z równowagą i niedosłuchem, że to Menier, a przy migrenie zawroty są inne – to jak wznoszenie się w górę, ciągłe, z bólem głowy, któremu nie życzę nikomu.
Miało być o klonazepamie – jak sprawdza się w praktyce?
Pierwsze opakowanie dostałam tak – od psychiatry. Nie kłamałam, że mam lęki, że nie mogę spać, jeść, że potrzebuję czegoś działającego tu i teraz zamiast SSRI lub SNRI, nie kłamałam, że jestem psychicznie chora. Powiedziałam natomiast, że jestem fizycznie chora. Weszłam zmęczona, spięta i zrozpaczona perspektywą życia z nieuleczalną chorobą. Mówiłam też, że próbowałam relanium (diazepamu) w dawce 5 mg i coś tam drgnęło.
Wizyta okazała się udana – dostałam moje pierwsze opakowanie klonazepamu, wtedy jeszcze w dawce 0,5 mg, by poskromić jedną z najsilniejszych benzodiazepin aptecznych i zacząć łagodnie. Podziałka na 4 części, charakterystyczny krzyżyk na tabletkach zarówno 0,5 mg jak i 2 mg powinien dać już do myślenia jak silnym związkiem dysponujemy.
Zaczęłam łagodnie wrzucając pod język pierwszą tabletkę w życiu obok krakowskiego dworca. Poczułam, jak bym jadła tic-taca z powodu charakterystycznego smaku tego związku. Zakręciło mi się w głowie, napięcie ustało, źrenice normalne, lecz feeling – wróciłabym do tych pierwszych razów z miłą chęcią… Od razu załączyła mi się ta klonazepamowa „euforia” – charakterystyczna dla pierwszych podań. Szum w uchu zmalał na tyle, bym mogła się cieszyć. Miałam wrażenie, że jak bym wtedy poszła na jakąś ogólno-gównianą imprezę, to brylowałabym w towarzystwie swoimi „błyskotliwymi” podsumowaniami lub bez problemu włączała się tak po prostu w dyskusję, bo ludzie czasem rozmawiają o byle czym. Ja zawsze potrzebuję konkretów – tu i teraz, w trybie instant. Kupiłam bezalkoholowe piwo i rozkoszowałam się chwilą. Po prostu siedziałam i cieszyłam się niezmąconym spokojem, cieszyłam się jak widziałam psa srającego na trawę, cieszyłam się jak widziałam ludzi, wydaje mi się, że równie szczęśliwych jak ja, którzy przechodzili obok. To było jedynie 0,5 mg.
Teraz technicznie: 0,5 mg klonazepamu to 10 mg diazepamu, a 1 mg to 20 mg i tak dalej. Tabela równoważności benzodiazepin, lub jak kto woli – benzo equivalence table nie kłamie w żadnym wypadku. Mamy do czynienia z potężną kosą anksjolityczną i przeciwdrgawkową. Zaczęłam więc, tak sobie pykać ten klonazepam przy przeładowaniach sensorycznych, przy stresujących sytuacjach, przy głośnych szumach w nocy po wyczerpującym dniu, podczas ataku zwiększałam dawkę do 1 mg, a na kaca kolejne 0,5 mg. Jedno opakowanie starczało mi na dwa miesiące, i do tej pory tak jest – w sumie.
Jestem wdzięczna psychiatrze za pierwsze opakowanie. Nie wiedziała nawet jaką ulgę mi sprawiła. Po miesiącu przychodząc do niej na wizytę kontrolną stwierdziła, że jestem całkiem inną kobietą. Czy miała rację?
Zaliczyłam kilka opakowań po 0,5 mg, lecz kierując me kroki do lekarza rodzinnego dostałam dawkę 2 mg – zupełny przeskok, to przecież 3x więcej. Wrzuciłam, znów podjęzykowo tabletkę czekając na żarełko w jednej z knajp. W krwiobiegu krążyła jeszcze kodeina zdemetylowana do morfiny przez moją uczynną wątrobę. Poczułam się senna, spokojna i, jak kompletnie zdrowy człowiek. Cisza – to dar, który trzeba doceniać.
Teraz subiektywnie:
To nie jest tak, że jak weźmiemy tabletkę, zrobimy zastrzyk domięśniowo lub dożylnie z ampułki podczas ataku będzie można potem wstać jakby nic się nie stało. Potrzeba czasu. Klonazepam jest tylko dodatkiem, to taki „zawór bezpieczeństwa”, który można podkręcić by poczuć się lepiej na prawie 12 godzin, a potem prawie dwa dni czasu półtrwania. Laryngolog powiedział mi, że to trochę robota głupiego, bo benzodiazepiny spowalniają proces kompensacji po ataku. Tak i nie – nie ma wiarygodnych badań, które by to potwierdzały. Jest jednak niepodważalny dowód, że klonazepam hamuje sygnały z nerwu przedsionkowego, wstrzymuje go. W migrenie zawroty głowy ulegają u mnie znacznej poprawie, ponieważ to problem neurologiczny, mój kolega Menier to problem otolaryngologiczny – stąd różnica, że klonazepam może tylko spowolnić atak i spowodować dłuższe odchorowywanie. Z jakichś badań wynika, że pacjenci uzyskali znaczną poprawę używając klonazepamu w połączeniu z pregabaliną. Ja również podawałam przez równy miesiąc 2 mg klonazepamu i 300 mg pregabaliny i takiej ciszy życzę każdemu, jednak trzeba pamiętać, że ta cisza ma swoją cenę. Leki z grupy benzodiazepin mają, powiedziałabym, większy potencjał uzależniający niż alkohol, niż opioidy, niż stymulanty… Trzeba się pilnować, bo schodzenie z GABAergików jest bardzo nieprzyjemne, plus kompletny rozpierdol ośrodkowego układu nerwowego (OUN). Hmm… Gdybym pisała w HTML, to napisałabym może tak: <abbr title="ośrodkowy układ nerwowy">OUN</abbr> – heh, robotę jeszcze mam w głowie. Proszę o wybaczenie.

Teraz będzie trochę mroczniej: ostatnio, gdy byłam na odwyku, to w rozpoznaniu wpisali mi politoksykomanię – naprzemienne używanie substancji psychoaktywnych. F19.2 stało na wypisie jak, za przeproszeniem, drut, a to nie prawda. Ja jestem uzależniona wyłącznie od opioidów, które czasem, czasem, nabierając doświadczenia mieszałam z klonazepamem, by zobaczyć jak to jest. W końcu, może w kwestiach farmakologicznych nie działamy synergistycznie, bo opioidy to receptory opioidowe, a modulatory GABA to modulatory GABA, lecz obydwa działają depresyjnie na OUN.
Gdy brałam topiramat zaczęłam nadużywać klonazepamu. 4 mg, 6 mg, 8 mg, największą dawką, jaką wzięłam to było 10 mg podlane jakąś zabawną małpką. Topiramat zrobił ze mnie podczłowieka, amebę umysłową. Gdybym nie używała klonazepamu, to wylądowałabym na oddziale psychiatrycznym, w pasach i pampersie krzycząc i płacząc.
Podsumowanie: warto, jednak należy obchodzić się z nim bardzo ostrożnie. Ja nie poszłam w tę drogę w jedną stronę, a było bardzo blisko. Nauka nic lepszego jeszcze w tej kwestii nie wymyśliła. Różni mądrzy nie wiedzą jak zapobiegać zjawisku tolerancji. Gdyby to wiedzieli, świat stałby się o wiele prostszy 😊

Kategorie
Prywatnie

„Comfortably numb”

Ten tekst to takie podsumowanie mojej drogi, pełna konfrontacja ze samą sobą, w pewnym sensie usprawiedliwienie, a w pewnym wyjaśnienie silnych odczuć i emocji. Wydarzenia mogą być niepoukładane chronologicznie. Klimaty neurogroove za 3… 2… 1…

Przewlekły ból głowy niereagujący na tryptany czy inne niesteroidowe leki przeciwzapalne zmusił mnie pewnego dnia do pójścia do apteki po kodeinę. Był to mój pierwszy kontakt z opiatami. Miałam nadzieję, że wtedy wszystkie moje problemy się skończą. Nie mogłam tak dalej żyć. Ból miał coraz bardziej destrukcyjny wpływ na moją psychikę, na dyspozycyjność i odczuwanie przyjemności z czegokolwiek, a świadomość, że nic z ogólnodostępnych rozwiązań nie pomagało nie była pocieszająca w żaden sposób.
Z opiatami jest tak, że pierwszy raz jest nie wart wspominania, za to następne i następne wspomina się coraz przyjemniej z uśmiechem na twarzy. Tak było i w moim przypadku. Nie sprawdza się tu powiedzenie, że pierwszego razu się nie zapomina. Receptory opioidowe muszą się aktywować w pełni, by substancje powiązane z nimi pokazały swój pełny potencjał analgetyczny i narkotyczny.
Wstałam zaniepokojona, a jednocześnie podekscytowana. Głowa napierdalała od rana. Miałam akurat wolny dzień, więc postanowiłam to wykorzystać na eksperyment. Zjadłam niewiele, wzięłam moje stałe leki, zapiłam wodą, zastanowiłam się co właściwie robię ze swoim życiem. Przecież ludzie są w stanie zrobić wszystko dla opioidów, a skłonność do uzależnień u mnie jest dziedziczna. Chuj tam, chcę sobie pomóc. To był mój priorytet.
Pierwsze 150 mg zadziałało przeciwbólowo po parunastu minutach od podania. Popłakałam się wtedy ze szczęścia. Źrenice zwężone, więc zaczęła rzeczywiście działać. Stałam się ociężała. Chodząc lub używając rąk miałam wrażenie, jak bym poruszała się w jakiejś ciepłej, gęstej mazi. Rozleniwiłam się, a przecież chciałam wykorzystać dzień wolny i do tego bez bólu jak najlepiej. Nie miałam pojęcia, że leżenie w łóżku może być tak przyjemną czynnością. Żadnego noddingu, żadnych efektów specjalnych, tylko tak jakoś zlewałam się z otoczeniem. Gładziłam ścianę w skupieniu. Była interesująca w dotyku, nawet moje myśli zwolniły. Nie byłam przyzwyczajona do takiego stanu, bo przecież stres i gonitwa myśli to moja codzienność. Już w tamtej chwili wiedziałam, że to na pewno nie będzie nasze jedyne spotkanie, i nie myliłam się.
Następna próba z kodeiną w dawce 450 mg została przeprowadzona zaledwie tydzień później. Wiedziałam już, że dostaję to co chcę, że przestaje boleć, a ja wtedy jestem szczęśliwa. Podanie zaplanowałam znowu na dzień wolny – nie byłam pewna jak zareaguję na dwukrotnie większą ilość.
Rozłożyłam dawkowanie w czasie, 150 mg co 5 minut. Tym razem nie była dla mnie delikatna. Pokazała do czego jest zdolna – uderzyła z całej siły, zalała przyjemnością i ulgą, zatraciła w sobie. Zanoddowałam kilka razy dość głęboko. Nodding to krótkie przysypianie z wizjami sennymi różnego rodzaju. Nie można zapominać, że to cienka granica pomiędzy przyjemnością a przedawkowaniem. Powracanie do świadomości przypominało chwile zaraz po szczytowaniu. Zwykła przyjemność wynikająca z różnych zdarzeń w życiu w tamtej chwili straciła na znaczeniu. Nagle zrozumiałam dlaczego ludzie oddają wszystko za mocniejsze środki tego typu. Tracą wszystko, tracą nawet człowieczeństwo, bo nie chcą przerywać tego błogostanu. Potem boją się siebie, mają wyrzuty sumienia, nienawidzą siebie, ale nie umieją inaczej, bo to ich całe życie.
Z czasem kodeina stała się towarzyszką samotnych wieczorów, ja byłam jakby szczęśliwsza. W międzyczasie dostałam antydepresant, który w dużych dawkach też działa na receptory opioidowe, więc jak nie miałam jednego, to używałam drugiego – Polak potrafi. Miałam efekty jak te wszystkie wyśnione, wymarzone continusy, tylko bez continusów. Chyba wtedy doświadczałam najgłębszego i najprzyjemniejszego noddingu w życiu. 250 mg, 500 mg, 1 g, 1,5 g, 2,5 g czyli 180 tabletek zjedzone w ciągu dwóch godzin. Nie mogłam się nadziwić, że tolerancja rośnie tak szybko. Przypominam: dawka terapeutyczna to 2x lub 3x 12,5 mg. W praktyce to microdosing opioidu.
Nie zauważyłam, że zaczęłam być w ciągu – stałam się jednym z opiatowców, którzy zrobią wszystko dla następnej dawki.
Potem przyszedł czas na tramadol, który ma tylu zwolenników, co przeciwników. Ja jestem po tej drugiej stronie. To jakiś pseudo opioid. Przeciwbólowo działa nawet dobrze, lecz inne doznania to nachalny, serotoninowy headrush. Nie można też zapomnieć o ryzyku napadu padaczkowego przy dużych dawkach z powodu obniżonego progu drgawkowego. Raz się o tym przekonałam, kiedy zapomniałam o klonazepamie do dużej dawki tramadolu i dostałam napadu toniczno-klonicznego ze wszystkimi atrakcjami w pakiecie. Utrata przytomności, drgawki, nie do końca świadomy, nawet zupełnie nieświadomy postictal, i powrót. W tamtej chwili pożegnałam się z tramadolem raz na zawsze. Pomimo bardzo łatwej dostępności nie skorzystałabym z recepty na tabletki zwykłe, tabletki retard, preparaty złożone z paracetamolem, do którego potrzebna była umiejętność robienia ekstrakcji i specjalnego przygotowania tabletek lub buteleczkę 96 ml z dozownikiem zabezpieczonym tak, że nawet strzykawką z igłą nie mogłam się przebić przez jego budowę. Czasem podbijałam nim działanie kodeiny, to połączenie upodobałam sobie wtedy najbardziej.
Kodeina stała się więc lekiem podstawowym. Były momenty, kiedy działała bardzo dobrze, były też takie, kiedy nie zadziałała w ogóle. Taka już jej niestabilna natura. Jest silna na tyle, by przekonać do siebie, a jednocześnie jest subtelnym środkiem. Po mamie morfinie odziedziczyła urok osobisty i główny metabolit. Rodzaj żeński chyba zobowiązuje – czasem jej odjebało, strzeliła focha, a następnego dnia zmieniała zdanie. Zupełnie jak kobieta. Jej mama o wiele lepiej wywiązuje się ze swoich głównych celów, ale chyba uwielbia patrzeć jak szczególnie niedoświadczeni z jej powodu wymiotują. Obie to toksyczne kurwy ze skłonnościami do czerpania dzikiej przyjemności z uzależniania od siebie, na to wychodzi.
PST – szukałam maku na sklepowych pułkach jak głupia. Płukałam, zapijałam tym kodeinę. To jak upijanie się tanim winem. Dzisiejszy mak jest wart tyle, co nic. Nie można zapominać, że pijąc taką herbatkę z maku przyswajamy wszystkie alkaloidy opium. Reakcje histaminowe były tak przyjemne, że doprowadziły mnie do ran na plecach, rękach, pośladkach…
Przyszedł pierwszy skręt: zrozumiałam, że jestem uzależniona, że potrzebuję pomocy, że ciało domaga się kolejnych dawek. Pomimo wbrew pozorom łagodnego, kodeinowego skręta byłam w rozsypce, bezpośrednio wpłynęłam na endogenne opioidy podając egzogenne odpowiedniki. Produkcja endomorfin i innych opioidów w moim organizmie ustała. Po odtruciu wytrzymałam trzy miesiące, dokładnie trzy. Mogłoby się wydawać, że długo – wcale nie.
Trzy miesiące abstynencji, i znów kodeina jak tylko wysiadłam na dworcu, na którym są dwie apteki, w przejściu kolejne 4. Leciałam tak niepotrzebnie podbijając sobie tolerancję, pragnąc tego pierwotnego szczęścia, większego niż to, którego doświadcza trzeźwy człowiek. Stwierdziłam, że pójdę trochę wyżej, podniosę poprzeczkę i drabinka analgetyczna pójdzie znów o stopień w górę.
Potem zaczęłam brać dihydrokodeinę o bardzo niskiej biodostępności, lecz trochę mocniejszą od kodeiny – sedacja, nic poza tym. Nadaje się tylko do podbijania lub przedłużania działania mocniejszych opioidów.
Sięgałam ciągle po więcej. Podniosłam poprzeczkę jeszcze wyżej.
Morfina – trzymałam blister MST 200 mg nie wierząc własnym oczom i rękom. To naturalna, pierwotna sedacja mieszająca się z euforią. Podania doustne, podania per rectum, by zwiększyć biodostępność. Preparowanych tabletek nie należy podawać podskórnie, choć morfina po takim podaniu ma dostępność podobną do podania dożylnego.
Oksykodonowa euforia, to rzecz przereklamowana – mogłabym powiedzieć. Znów patrzyłam na blister Oxy Continu nie wierząc, że udało mi się tę substancję zdobyć. 40 mg, 80 mg, 160 mg, 240 mg – tolerancja rośnie w tempie błyskawicznym, podobnie jak ze wspomnianą wcześniej tianeptyną. Przedłużałam działanie oksykodonu dihydrokodeiną tracąc przy okazji bliskie mi osoby. Nie dostrzegałam tego – pogoń za szczęściem była ważniejsza.
Połączenia, których należy się wystrzegać przetestowane organoleptycznie:
• 8 mg klonazepamu z alkoholem.
• 6 mg klonazepamu z alkoholem i pregabaliną.
• Diazepam lub klonazepam z oksykodonem.
Jestem Karina – jestem uzależniona. Tak przedstawiałam się na spotkaniach anonimowych narkomanów, by zdobyć motywację, by zobaczyć, że da się wrócić „bezboleśnie” do starego życia. Opioidy to samotność, to psychiczny ból, to nienawiść do samego siebie, to w żadnym wypadku nie powód do dumy.
Po detoksie w szpitalu zaczęłam żebrać o program substytucyjny, bo głody mnie wykańczają z egzystencją z dnia na dzień. Bardzo miła pani terapeutka wpisała mnie na listę osób czekających na metadon, lista liczy 600 osób. Wpisałam się w mieście, z którego się wyprowadziłam i zapewne zostanę wykreślona, bo nie chodzę na terapię. Jestem, wspomagam się dużymi dawkami pregabaliny, czasem alkoholem, czasem benzodiazepinami, szukam środka zastępczego. To pętla, z której ciężko wyjść. Nawet teraz po ponad gramowej dawce pregabaliny piszę ten wpis. Czuję lekkie otępienie, problemy błędnikowe i jestem zmęczona, po prostu zmęczona.

Kategorie
Recenzje

Setup Tour – biurko i nie tylko.

Postanowiłam zrobić mały setup tour, jak robią niektórzy – spis sprzętu, który spisuje się u mnie na co dzień i nie mam z nim żadnych problemów, prócz pomniejszych, o których wspomnę.
Jak topowo, to topowo – kierując się tą myślą kompletowałam mój aktualny zestaw przez dwa lata. Poważne zmiany zdarzyły mi się w roku 2019 i 2020.
Co i jak?
Do pracy na co dzień kiedyś służył mi Lenovo Y700, którego próbuje odziedziczyć moja mama, lecz bardzo średnio jej to wychodzi. Lenovo więc leży w pokrowcu i czeka na swój czas. Laptop krzyczy z daleka, że ma gamingowy charakter poprzez czerwone maskownice głośników, specyficzny design zawiasu i czerwone podświetlenie klawiatury. Jest również aluminiowy – klapa na pewno, spód podlega dyskusji. Niektórzy twierdzą, że to plastik. Spód był jednak zimny i metaliczny, gdy dotykałam go ręką.
Specyfikacja i moje spostrzeżenia:
• Procesor: Intel Core I7 6700 HQ;
• Dyski są dwa: SSD na system to Crucial MX 300 montowany osobno, z którego osiągów byłam bardzo zadowolona. Cena tego dysku też była bardzo rozsądna; 😊 HDD to zapewne jakiś WD z wyłączającą się co chwilę głowicą. Tego nijak nie mogłam zmienić, choć służy do tego oprogramowanie – tylko do następnego restartu dysk zachowuje się tak, jak ustawię parametry.
• 16 GB RAM DDR 4;
• Grafika: zintegrowana oraz NVIDIA GeForce GTX 960M 4 GB GDDR5;
• Ekran: Rozdzielczość Full HD – z matrycy również byłam bardzo zadowolona. Czy to do czytania tekstu, czy do oglądania filmów, czy do pomniejszych gier była bardzo dobrze skalibrowana i miała tę swoją „głębię”;
• Klawiatura: napisałam przy jej pomocy sporo wypracowań, wymieniłam jeszcze więcej wiadomości i waliłam w enter – nie padła jak w poprzednim Thinkpadzie T430; 😉
• Kultura pracy: cichy, lecz kiedy go bardziej przycisnęłam wiatraki pokazywały pazur; 😉
• Głośniki: Dwa i subwoofer. Śmiało mogłabym je porównać do głośników z macbooków od Apple – serio;
• Waga i wymiary: laptop pomimo 15,6 cala nie pasował do pokrowców o takim rozmiarze. Zawsze rogi wystawały do tego stopnia, że obtarłam farbę od głośnikówo na bokach. Waga i przenoszenie laptopa też były nie zbyt wygodne. Pomimo stosunkowo smukłej konstrukcji jak na tamten czas laptop był po prostu nieporęczny dla mnie, która wiecznie przechodzi z miejsca na miejsce; 😊
• BIOS: Stosunkowo mało zaawansowany. Pozwalał na dostosowanie tylko podstawowych funkcji, nie pozwalał zaś na wyłączenie oszczędzania energii. Funkcja polegała na drastycznym zmniejszeniu wydajności, gdy bateria sięgała 20%.
Co się zmieniło? Jako główna „stacja robocza” na tą chwilę bardzo dobrze sprawdza się u mnie Dell XPS 15 9570. Co tu dużo mówić – to taki Macbook Pro na Windowsie. Aluminiowy spód, aluminiowa klapa, bezramkowa konstrukcja co sprawia, że 15,6 cala ma mniejsze wymiary, gdy chowam laptopa do plecaka. Waga to 1,6 kg, więc duża zmiana na plus wobec Lenovo Y700. Przez większość czasu jest cichy, jednak gdy ostatnio w BIOSie, stosunkowo rozbudowanym i nawet dopuszczającym obsługę z myszki udało mi się powyłączać wszystkie funkcje dotyczące oszczędzania energii, to wiatraki odzywają się subtelnie, lecz częściej. Coś jednak za coś – konstrukcja ultrabookowo-hybrydowa nagrzewa się bardziej. Dlaczego napisałam „hybrydowa”? Bo w ultrabookach z reguły nie znajdzie się procesora typu Intel Core I7 8750H. Z powodu konstrukcji samego laptopa i jednak karty NVIDIA GeForce GTX 1050 TI Max-Q zaprojektowanej do takich urządzeń nie pogra się na nim za bardzo. Ja grałam, rzecz jasna, na starym poczciwym traktorze 2.6.2 chyba, z Numarkiem Mixtrack Pro II po godzinach. Klawiatura to jeden z gold standardów klawiatur laptopowych. Gdyby inne firmy produkowały takie, świat stałby się lepszy. Perfekcyjna wygoda pisania łączy się doskonale z wnętrzem z włókna węglowego pokrytego gumowym, miękkim w dotyku materiałem. Połączenie aluminium i włókna węglowego właśnie, sprawia, że laptop jest praktycznie nie do zajechania. Zaledwie po tygodniu użytku niestety go trochę podlałam piwem bezalkoholowym, lecz wytrzymał i ma się bardzo dobrze;
Klawiatura: HyperX Alloy Origins Aqua – co tu dużo pisać, recenzję opublikowałam zaledwie wczoraj. Działa, dzielnie znosi 80 stron przeglądania i poprawiania tekstu oraz kodu HTML czasem. Tak – dalej martwię się o jej czyszczenie. 😉
Dźwięk:
• Karta: M-Audio Conectiv. Dlaczego? Bo kiedyś chciałam stawiać system DVS i dostałam ją od ziomka za free, gdy wygrał konkurs DJski. Wyscratchował tą kartę, a potem dostałam ją ja z softem od M-Audio, winylami z kodem czasowym do ich dedykowanego oprogramowania i jest, działa. Do zastosowań podstawowych jak i typowo profesjonalnych jest całkiem ok 😉
• Do karty podłączone są głośniki, tylko głośniki lecz kiedyś epizodycznie podłączyliśmy z drugim ziomkiem, którego serdecznie pozdrawiam CD Playery i mikser. Do CDków włożyliśmy płyty z kodem czasowym do serato, i próbowaliśmy to sparować z mixxxem. Spoiler alert: nie działał lewy deck. Głośniki zaś to Microlab Solo 7C. Obsługiwały imprezy okolicznościowe, zniosły puszczanie hardówo na balkonie po 22 oraz ciągłe przenoszenie i ustawianie. Cenowo – jak na taką jakość dźwięku też jest bardzo rozsądnie.
• Słuchawki – podzieliłabym kategorie na przewodowe i bezprzewodowe:
Przewodowe:
• Audiotechnica ATH M50X – z wymiennymi kablami, lock and twist mechanism, te rzeczy… Funkcja po prostu wymarzona. Bardzo dobrze się składają, rozkładają, jakość wykonania na poziomie wysokim, dźwięk również, jednak czuję jakieś ubytki. Oceną dźwięku proszę się nie sugerować z powodu mojego niedosłuchu, który niestety z każdym miesiącem jest coraz bardziej uciążliwy;
• Dokanałowe słuchawki Creative – w podróż w sam raz. Dużo basu, dużo góry, trochę mniej środka, lecz uważam, że dźwięk też jest dobrze zbalansowany. Używam ich względnie często;
• Kiedyś AKG K518 DJ – w przedziale do 200 zł nie miały sobie równych, i mogę to powiedzieć z czystym sumieniem. Dużo basu, świetne tłumienie, beznadziejny kabel, lecz możliwość recablingu, również bardzo łatwe w przenoszeniu. Jako Heavy user do jakości wykonania nie mogę się przyczepić. Zniosły przeróżne sytuacje. Może dalej nie będę opowiadać 😉
Bezprzewodowe:
• Aftershokz Trekz Titanium – najlepszy kompan na studia dla osoby z jednostronnym niedosłuchem. Pozwalają słuchać otoczenia i syntezy jednocześnie. Technologia przewodzenia kostnego uratowała mi życie, można rzec, że odzyskałam komfort, o którym zdążyłam już zapomnieć;
• Xiaomi Mi Airdots Pro – klon Airpodsów od apple, tyle mogę powiedzieć. Wyjmujesz z pudełeczka, i słuchasz w całkiem dobrej jakości, lecz wiadomo, że dźwięk przez bluetooth, niezależnie od kodeku jest stratny. Pokrowiec jest wykonany z twardego, całkiem miłego w dotyku tworzywa sztucznego, otwiera się sprawnie, a słuchawki trafiają do specjalnych gniazd z magnetycznymi zaczepami. Kiedy ich nie używamy pokrowiec je ładuje. Najdłuższy wynik u mnie to 7 godzin słuchania i ładowania z pokrowca. Mają również aktywną redukcję szumów, która bardzo dobrze sprawdziła się w autobusie. Muzyka wtedy brzmiała o wiele lepiej.
• Kontroler: Numark mixtrack Pro II – służy mi od 2015 roku. Myślę, że czas na zmiany. 16 padów, 8 pokręteł nad padami, play, stop, sync, stutter, equalizer, praktycznie nieskończone możliwości mapowania, jak to z każdym urządzeniem wspierającym MIDI lub HID.
Akcesoria pomocnicze:
• Telefon: Xiaomi Poco F2pro, lub jak kto woli Pocophone F2 pro, choć to tak naprawdę zrebrandowany Xiaomi Redmi K30 Pro. Nakładka miUI konsekwentnie poprawiła swoje błędy dostępnościowe, momentami przypomina mi prostotę z lineage OS szczególnie kiedy przyjrzę się stockowej aplikacji telefonu i kontaktów. Snap 865, 6 GB RAM, 128 GB szybkiej pamięci UFS 3.1, bateria 4700 mAh, wyświetlacz AMOLED, praktycznie bezramkowy dzięki umieszczeniu kamerki do selfie w obudowie. Gorilla Glass 5 z jednej i drugiej strony, przedzielenie aluminiową ramką, wystające 4 aparaty, dwa mikrofony, IRDA, port Jack 3,5 mm (!), brak ładowania bezprzewodowego, brak certyfikatu IP68 – nikt jeszcze nie zabezpieczył ruchomych elementów w obudowie, pojedynczy głośnik grający znośnie. Apropo ładowania – dostajemy ładowarkę 33 watową i telefon w godzinę pokaże 100%. Ma parę mankamentówo typu dziwna redukcja szumów na niektórych komunikatorach i szczerze mówiąc, wielkość, do której musiałam przyzwyczajać się chyba dwa tygodnie.
• Wcześniej: Samsung Galaxy S9 – 4 GB RAM, 64 GB pamięci wbudowanej, bateria 3000 z hakiem – szczerze mówiąc nie pamiętam ile, również szklano-aluminiowa konstrukcja, samsungowy, flagowy Exynos. Powstała petycja, by Samsungi ze snapdragonami od Qualcomma były wypuszczane również na rynek europejski z powodu problematyki Exynosów. Ludzie zauważają, że po roku, dwóch użytkowania bateria pada o wiele szybciej niż w telefonach ze Snapdragonami. również port Jack, bardzo dobre mikrofony, głośniki stereo, jednak największym mankamentem był zakrzywiony ekran. Telefon dożył swoich dni spokojnie na Lineage OS 17.1.
• Zegarek: Xiaomi Amazfit GTR – to taki smartband zamknięty w obudowie zegarka. Ja mam, chyba jakąś limitowaną, białą wersję kolorystyczną. Aluminiowa ramka, pewnie chodzące przyciski po bokach dają wrażenie klasy premium, choć cena i funkcje nie są aż takie premium. W żadnym wypadku nie można tego porównywać do zegarków na android Wear lub Tizenie od Samsunga. Zegarek jednak wibruje gdy przychodzą mi powiadomienia, ma również wyświetlacz AMOLED, co mnie bardzo, bardzo cieszy, dostaje regularne aktualizacje firmware. Ubolewam jednak nad tym, że nie można wykorzystać NFC tu w Polsce.
• Kiedyś: Xiaomi Mi Band 3 z aplikacją Mi fit. Szczerze mówiąc używałam go głównie jako budzika, do przypomnień, do powiadomień i do sprawdzania godziny. Wyświetlacz jednak zrobił się za mały i przesiadłam się na zegarek z większą ilością funkcji. Zapomniałabym o jednej, bardzo ważnej rzeczy – znajdowaniu telefonu przy pomocy zegarka lub opaski. Moje życie od momentu używania wearables stało się prostsze 😊
• Powerbank: Xiaomi – jakiś 10000 mAh. Nie wypowiem się wiele na jego temat – tylko powiem, że działa i wystarczy na 3 solidne ładowania, wspiera też szybkie ładowanie nie wiem w której wersji. Niestety ładuje się przez Micro USB ☹
• Lupka z ALTIXu z 14-krotnym powiększeniem. Kieszonkowa, mała, wsuwa się do plastikowej obudowy. Nie wiedziałam, że znajdzie się w tym zestawieniu, ale jest warta wspomnienia, bo służy do ratowania komputerów, do ogarniania TWRP czasem, do takich prozaicznych rzeczy jak przeczytanie czegokolwiek i nie obyłabym się bez niej – po prostu.
Nie chwalę się, ani nie żalę – po prostu wpadł mi do głowy taki wpis. 😊 Do następnego, jak zwykłam mówić.

Kategorie
Recenzje

HyperX alloy Origins Aqua – recenzja

Stary Logitech już jest bardzo wysłużony – albowiem była to klawiatura za nie całe 50 zł. Następuje kryzys. Klawiatura jest mi potrzebna do pracy i jestem zmuszona kupić nową. Uległam czarowi przełączników w klawiaturach mechanicznych, bo podoba mi się filozofia działania, ergonomia i ten charakterystyczny feeling uzależniony od typu przełączników, które wybierzemy.
Weszłam w Internety, poszukałam, i zupełnie w ciemno postanowiłam, że na moje biurko trafi klawiatura HyperX Origins Aqua, z przełącznikami autorskimi porównywalnymi do brązowych od Chery Mx.
Zawartość pudełka:
• Klawiatura – rzecz jasna;
• Kabel USB C w sztywnym oplocie;
• Instrukcja obsługi;
• Karta gwarancyjna;
NOTE: mogliby dołączać ich soft na płycie na przykład, by nie użerać się z Microsoft Store. O sofcie później;
• Brak podpórki pod nadgarstki. Nie wierzyłam, że to powiem, ale to minus.
Zdjęłam folię ochronną i przyjrzałam się klawiaturze trochę dokładniej:
aluminiowy przód, aluminiowy tył, aluminiowe boki, konstrukcja otwarta, co już zastanawia mnie jak ja to będę czyścić po solidnym miesiącu użytkowania. Kabel USB C ma bardzo wąskie gniazdo, co sprawia, że nie każdy kabel pasuje niestety. Brak dodatkowych portów (port choćby do ładowania jak w poprzednikach), oraz portu jack 3,5 mm. Nie ma również przycisków do makr po lewej stronie lub przycisków do multimediów (bardzo cieszyłabym się np. z rolki do zmiany głośności lub pokrętełka). Wszystko zostało przeniesione na kombinacje klawisza FN z klawiszami funkcyjnymi.
Jest co jest. Za co płacimy te 499 zł? Chyba za to, że klawiatura jest relatywnie nowa na rynku, za jakość wykonania, mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że za logo, bo producent już wyrobił sobie pozycję innymi akcesoriami dla graczy. Ot taki nowoczesny minimalizm.
Do klawiatur mechanicznych trzeba się przyzwyczaić ? taka była moja pierwsza konkluzja jak podpięłam do komputera HyperX Alloy Origins Aqua, by trochę pooglądać co tam się dzieje i jak.
Od razu przywitał mnie rozbudowany RGB lightshow? Gdzie, jak to wyłączyć, a no niestety tylko w sofcie od hyperX. Zainstaluję, poklnę i może uda mi się ustawić choćby jeden bank bez podświetlenia, a najlepiej trzy takie jakie chcę?
Zainstalowałam. Oprogramowanie NGENUITY jest cały czas w wersji beta, co może trochę zaniepokoić. Na pewno odstaje funkcjonalnością od Synapse od Razerów.
Do dyspozycji mamy trzy banki oferujące konfigurację podświetlenia oraz konfigurację makr, które można przypisać do każdego klawisza lub skrótu. Można też znaleźć masę efektów związanych z podświetleniem, lecz ja wybrałam jednolite, w jednolitym kolorze – zielonym, lub niebieskim na drugim banku. W trzecim presecie nie mam natomiast nic, by stonować czasem trochę gamingowy charakter klawiatury i podkreślić jej ascetyczny, konserwatywny design.
Przełączniki – co i jak?
Żywotność mechanizmu to aż 80000000 kliknięć, więc została określona jako bardzo wysoka. Charakterystyczny opór wydaje się trochę mniejszy, lecz trzeba trochę wprawy i kilkudziesięciu stron tekstu, by palce i nadgarstki przestały boleć.
Jak jest z głośnością tych autorskich przełączników, która chyba głównie będzie interesować naszych współlokatorów/domowników?
Należą zdecydowanie do tych cichszych i można je polubić przy wielogodzinnej pracy przy komputerze lub gamingowych sesjach. Często używam słuchawek z przewodzeniem kostnym, więc słyszę je cały czas. Po całym dniu oprócz karku, nie boli mnie głowa. 😊 Klik i wyczuwalny opór nie jest taki jak w Chery MX Blue – bezsprzecznie. Byłam trochę zawiedziona, lecz z każdą godziną się do nich przekonuję. Szybki czas reakcji, brak zacinania się mechanizmu przy szybkim pisaniu i szybki powrót do pozycji wyjściowej są ich głównym atutem.
Powyższy, krótki tekst napisałam przy pomocy klawiatury od HyperX. Można polubić ten feeling, choć bardzo brakuje mi większego oporu i kliku pod palcami 😊

Kategorie
Prywatnie

Mogę tylko pisać…

Dzień dobry, czy coś…
To już moje (chyba), trzecie podejście do blogowania i niech już tak zostanie. Nawet, gdybym miała pisać w próżnię, to po prostu mi lepiej. Pierwszego bloga wyrzuciłam, bo wydawał mi się zbyt osobisty, druga wersja była zaś trochę niepoukładana, ale trzecia wersja będzie (myślę), że taka jak pierwsza. Doszłam do wniosku, że dla mnie to pewien rodzaj ulgi. Tylko ja wiem ile kosztuje mnie każdy dzień.
Zostałam z jakąś ćwiartką blistra klonazepamu na kolejny miesiąc, bo choroba jest cały czas w agresywnej postaci. Dźwięk mi przeszkadza, ruch mi przeszkadza, wszystko mi po prostu przeszkadza i wpadam w zmęczenie i irytację. Przypominam – mam dopiero 22 lata, a już jestem po prostu zmęczona.
Zmęczenie zaś przykrywam coraz większą listą obowiązków, bo do pracy postanowiłam dołożyć sobie studia – o ironio, psychologiczne. Czekam na wyniki rekrutacji i czuję dziwny niepokój. Zakamarki krakowskiego miasteczka studenckiego będą kojarzyć mi się jednoznacznie, a nie mam już nawet siły na zmianę miasta. Myślę, że jednak w tych krakowskich zakamarkach znalazłam już swoje miejsce na ziemi, czuję przywiązanie – w końcu mieszkałam tam 10 ostatnich lat.
Spokojnie – nie będzie o dawkach – kiedy, czego i ile wzięłam, o zmniejszaniu tolerancji na opioidy za pomocą dextrometorfanu. Dostałam na razie pregabalinę, która podobno ma pomóc mi w bólu przewlekłym i to jej się czasem udaje. Zadziwia mnie niewiedza psychiatrów o mechanizmie działania pregabaliny i niesamowita moda na ten lek. Jeśli zgłosisz się do psychiatry z zaburzeniami lękowymi bądź pewien, że jako lek pierwszego rzutu dostaniesz pregabalinę, która uzależnia podobnie jak benzodiazepiny, jedynie trochę lżej. Z leków z grupy benzodiazepin możesz może, może liczyć na 0,25 mg alprazolamu – działającego krótko i o największym potencjale uzależniającym. Jednak nie będę mówić o psychiatrach i psychologach – to by mi zajęło kolejne dwie lub trzy strony A4.
Co teraz ze mną się dzieje? Nie potrafię nic nie robić, więc zaledwie chyba 1,5 miesiąca od rzucenia wniosku o dziekankę na biurko prodziekana ds. studentów podjęłam pracę jako korektor podręczników. Siedzę, czytam, piszę, grzebię czasem w kodzie, narzekam na zesztywniały kark, ale z satysfakcją. Uczyłam się też trochę o optymalizacji treści pod względem SEO by zacząć jako jeden z copywriterów, bo ta dziedzina interesuje mnie szalenie i zawsze ktoś chciałby, by mu coś o czymś napisać. Nie straciłam ambicji i to mnie niesamowicie cieszy, pomimo depresji permanentnej, też ze znakiem zapytania. Czasem zastanawiam się czy to depresja, lenistwo czy tumiwisizm i brak systematyczności? Takie rozważania też ucinam prędko i spycham wszystko do przodu, tak po prostu.
Wszystko u mnie dzieje się po coś, w ogóle wszystko dzieje się po coś. Nabieram doświadczenia, nauczyłam się znosić porażki lub upokorzenia z pokorą i po prostu wybaczać. Staram się też nikogo nie krzywdzić, lecz chyba za wysoko sobie stawiam poprzeczkę. Jestem jaka jestem, przecież jestem tylko człowiekiem…
Nie lubię tego w sobie, lecz chyba przejęłam to w genach po mamie – stałego poczucia, że mogłabym jeszcze więcej. To nie wyżalanie się, lecz wyjaśnienie, że nie da się wpadać w pętlę perfekcjonizmu, i to bardzo „upierdliwa” cecha.
Cieszę się, że mogę tu być i może ostatnia już wersja będzie dopracowana w każdym szczególe.
Dziękuję za uwagę 😉