Nie każdy utwór powstaje z inspiracji. Niektóre rodzą się ze zmęczenia, frustracji i takiego stanu, w którym nawet rzeczy, które normalnie sprawiają przyjemność, przestają cokolwiek znaczyć.
Miałam doła. Nie takiego, który można rozwiązać dobrą kawą, spacerem czy włączeniem ulubionej muzyki. Raczej ten szczególny rodzaj pustki, kiedy człowiek doskonale wie, że powinien coś zrobić, może nawet chciałby to zrobić, ale pomiędzy zamiarem a wykonaniem wyrasta ściana.
Od dłuższego czasu zmagam się z anhedonią. To dość paskudne doświadczenie, zwłaszcza kiedy ma się wiele zainteresowań, planów i rzeczy, które jeszcze niedawno potrafiły pochłonąć całe godziny. Mam instrumenty, syntezatory, DAW. Mogę usiąść i pracować nad dźwiękiem, pisać, eksperymentować. Mam naprawdę dużo rzeczy, które chciałabym robić. Tylko że czasami nie potrafię się za nie zabrać. A kiedy już się zabiorę, nie zawsze czuję cokolwiek.
Anhedonia nie musi oznaczać, że człowiek przez cały dzień płacze. Czasami jest znacznie bardziej banalna i przez to wyjątkowo irytująca. Można siedzieć przed komputerem, wiedzieć, że wystarczy uruchomić program, i przez godzinę nie zrobić absolutnie niczego. Można być głodnym i nie mieć ochoty przygotować sobie jedzenia. Można patrzeć na listę rzeczy do zrobienia i czuć, że każda z nich wymaga niewspółmiernie dużego wysiłku.
A czasami umycie zębów wydaje się zdobyciem K2. Nie dlatego, że zapomniałam, jak to zrobić. Nie dlatego, że nie rozumiem, po co się to robi. Po prostu wykonanie kilku najzwyklejszych czynności potrafi kosztować absurdalnie dużo energii.
Najgorsze jest chyba to, że intelektualnie wszystko nadal działa. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, ile rzeczy muszę i mogłabym zrobić. Potrafię je zaplanować, przeanalizować, rozłożyć na etapy. Tylko co z tego, skoro czasami nie jestem w stanie przejść od planowania do działania?
Do tego dochodzi moja historia z opioidami.
Od jedenastu lat są one częścią mojego życia. Obecnie jestem w programie leczenia substytucyjnego metadonem. I chociaż farmakologia jest dziedziną, która naprawdę mnie interesuje, bycie pacjentką to coś zupełnie innego niż czytanie o zaletach substytucji wywodzących się głównie z farmakokinetyki i okresu półtrwania.
Metadon pozwala mi funkcjonować. Jest leczeniem, nie jakąś magiczną substancją, która rozwiązuje wszystkie problemy. A jednocześnie samo uczestnictwo w programie potrafi być potwornie męczące. Codzienne dojazdy. Określone godziny. Organizowanie dnia wokół odbioru leku. Świadomość, że spontaniczny wyjazd, gorszy poranek albo zwyczajne pragnienie pozostania w łóżku nie zawsze są takie proste.
Czasami mam wrażenie, że nie żyję według własnego zegara, tylko według harmonogramu, którego nie mogę wyłączyć. I to jest właśnie jedna z rzeczy, o których chciałam napisać w „Half-Life”.
Nie o pogoni za euforią. Nie o tym, że opioidy są czymś romantycznym, wyjątkowym czy godnym naśladowania. I nie o tym, że terapia substytucyjna jest zła. Bo nie jest. Chciałam opowiedzieć o czymś znacznie mniej widowiskowym: o zmęczeniu koniecznością nieustannego funkcjonowania według określonych zasad.
Ale metadon to tylko część tej historii.
Na gorszy stan potrafi złożyć się mnóstwo rzeczy. Przewlekłe zmęczenie. Rozczarowanie ludźmi. Wspomnienia sytuacji, których nie można już zmienić. Poczucie, że wiele wysiłku wkłada się w samo utrzymywanie codzienności na powierzchni, podczas gdy chciałoby się ten wysiłek przeznaczyć na coś zupełnie innego.
Czasami wystarczy jedna nieprzyjemna rozmowa, żeby wszystkie te rzeczy nagle się na siebie nałożyły. Nie dlatego, że sama rozmowa jest końcem świata. Po prostu trafia na moment, w którym człowiek i tak ma już niewiele siły.
A potem trzeba następnego ranka wstać, umyć zęby, wyprowadzić psa, odebrać lek, coś zjeść i spróbować popracować.
Sama nazwa „Half-Life” ma dla mnie kilka znaczeń. Najbardziej oczywiste jest farmakologiczne: okres półtrwania, parametr opisujący, jak zmienia się ilość substancji w organizmie. Ale jest też drugie, mniej dosłowne znaczenie. Życie, którego część nieustannie pochłaniają obowiązki, leczenie i próby odzyskania energii. Życie, w którym człowiek czasem ma wrażenie, że dysponuje tylko połową własnych możliwości. Nie oznacza to jednak, że jestem wyłącznie pacjentką programu substytucyjnego albo osobą zmagającą się z anhedonią. Mam swoją muzykę, sprzęt, zainteresowania, pracę i pomysły. Potrafię ekscytować się nowym brzmieniem syntezatora, godzinami rozmawiać o elektronice albo wpaść na absurdalnie ambitny pomysł, który potem próbuję zrealizować.
I właśnie dlatego te gorsze okresy tak mnie wkurwiają, bo doskonale pamiętam, jak to jest mieć ochotę na życie. Nie w jakimś wielkim, filozoficznym sensie. Po prostu chcieć coś zrobić i czerpać z tego przyjemność.
do wygenerowania muzyki i wokalu wykorzystałam Suno. Zależało mi na czymś surowym, mechanicznym, oszczędnym. Na męskim głosie, który nie będzie próbował na siłę wzruszać słuchacza, tylko opowie tę historię niemal jak raport z własnego życia. Efekt mnie zaskoczył – szczególnie interpretacja wokalna. Sposób dzielenia fraz, pauzy, akcentowanie poszczególnych słów. W pewnym momencie wspomniane zdanie o wtorkowym wieczorze zostało rozbite niemal słowo po słowie, a każde z nich otrzymało własny ciężar rytmiczny.
Nagle coś, co jeszcze chwilę wcześniej było tekstem na ekranie, zabrzmiało dokładnie tak, jak chciałam. To osobliwe doświadczenie. Słyszeć własne myśli wypowiadane głosem, który nie należy do żadnego człowieka, a mimo to odnaleźć w tej interpretacji coś autentycznie swojego.
Czy poczułam się dzięki temu lepiej?
Przez chwilę tak. Miałam z czego się cieszyć. Powstało coś, co naprawdę mi się spodobało. Coś, czego chciałam słuchać, analizować i czym chciałam się podzielić. Ale nie będę opowiadać bajek o uzdrawiającej mocy twórczości. Napisanie tekstu nie zlikwidowało anhedonii. Nie sprawiło, że następnego dnia wszystkie czynności stały się łatwe. Nie zmieniło zasad programu substytucyjnego ani nie naprawiło relacji z ludźmi. Nie wydarzył się żaden cud.
I dobrze, bo nie o cudach jest ten utwór.
Nie wiem, czy „Half-Life” powstałoby, gdybym miała dobry dzień. Pewnie nie w takiej formie. Nie zamierzam jednak udawać, że jestem wdzięczna za każdy gorszy stan tylko dlatego, że czasem potrafię coś z niego stworzyć. Zdecydowanie wolałabym mieć więcej energii, czerpać przyjemność z codzienności i nie traktować zwykłych obowiązków jak wyprawy wysokogórskiej, ale skoro już trafił mi się taki dzień, przynajmniej nie skończył się wyłącznie frustracją.
Jeśli ktoś będzie miał problemy z rozumieniem tekstu, to po prostu wystawię go w komentarzu, jeśli ktoś nie jest osłuchany z angielskim.
Do następnego.
7 komentarzy do „Skoro wszyscy inni, to ja też – tekst z odmętw dysku vs. Suno AI”
No i bardzo dobrze, że czarno to widziszzz, bo to ci pomoze jak umarłemu kadzidło. A nie lepiej mm?
Ja mam akurat ciężką i męczę się z nią już od ponad roku. Trazodon u mnie odpada. ze względu na obrzęk śluzówki nosa.
Propozycje lekarzy to Fluwoksamina albo Escitalopram. Czarno to widzę.
Na SNRi trzeba bardzo długo czekać, nie polecałabym tego jeśli ktoś potrzebuje szybkiego efektu i niezobojętnienia. Ale co to masz brać? Jeśli jakiś trazodon (trittico) czy coś takiego to bierz spokojnie, dużo osób mających łagodne bezsenności sobie to chwali.
Na początku 2025 pisałaś o wdrożeniu SSRIi o tym, że w pierwszej fazie przyniosły poprawę. Jak sytuacja wygląda obecnie? Pytam, dlatego, że sama stoję teraz przed taką decyzją z powodu ciężkiej, przewlekłej bezsennności, która nie jest wynikiem depresji, ani nerwicy lękowej i w ogóle nie jestem przekonana co do skuteczności takiej terapii.
# HALF-LIFE
*Dark industrial hip-hop / clinical spoken rap*
[Intro — spoken, dry voice; ticking clock, fluorescent hum, distant footsteps]
Seven forty-three.
Same alarm.
Same shoes.
Same little pilgrimage.
The city hasn’t finished waking up.
My receptors have.
[Verse 1 — low, controlled rap; sparse mechanical drums]
Morning comes in through a dirty pane,
Got a chemistry timetable running through my brain.
The kettle starts screaming, the phone says eight,
And my nervous system’s already checking the date.
Not chasing heaven, not looking for a high,
Just trying to keep the machinery alive.
Long half-life, but the clock disagrees,
Got a whole day planned around a few millilitres.
Keys in the pocket, jacket on the chair,
Body takes attendance before I’m fully there.
No dramatic soundtrack, no cinematic pain,
Just another little invoice from a chemical chain.
Bus stop, cold hands, traffic turning red,
Got a meeting at one and a pharmacy in my head.
I can debug a system, make a dead board speak,
But I can’t reschedule what my receptors need.
[Pre-Chorus — restrained, rhythmic; ticking clock grows louder]
Twenty-four hours, more or less,
A chemical promise under physiological stress.
The numbers look stable on a paper sheet,
But the body doesn’t always follow the beat.
[Chorus — chant-like, heavy industrial groove]
Half-life, half-life,
Count the hours, keep the line.
No revelation, no divine design,
Just a clock that isn’t entirely mine.
Half-life, half-life,
Liquid routine and a borrowed time.
I’m not trying to touch the sky,
I’m trying to get through Tuesday night.
[Verse 2 — darker rap, metal percussion, subdued bass]
Glass at the counter, plastic in my hand,
Another little transaction in a regulated land.
Name and a number, paperwork and rules,
The kind of administration they don’t teach in schools.
Someone talks loudly, someone looks away,
Someone’s been awake since yesterday.
Nobody’s an icon, nobody’s a saint,
Just a room full of people who are tired of restraint.
There’s a man by the window making weekend plans,
A woman checking buses with her phone in her hand.
The nurse calls the next one, somebody complains,
And the fluorescent lights illuminate the mundane.
They call it maintenance like a technical routine,
As if every human variable stays perfectly clean.
But the system’s got tolerances, drift and delay,
And a person isn’t hardware you can calibrate away.
[Pre-Chorus — dry voice; drums thin out]
Twenty-four hours, give or take,
A little too early and the edges start to shake.
They say the curve should carry me through,
But the graph never asked what I actually do.
[Chorus — heavier, repetitive]
Half-life, half-life,
Count the hours, keep the line.
No revelation, no divine design,
Just a clock that isn’t entirely mine.
Half-life, half-life,
Liquid routine and a borrowed time.
I’m not trying to touch the sky,
I’m trying to get through Tuesday night.
[Bridge — spoken word; percussion disappears, fluorescent hum remains]
The terminal says:
STATUS: STABLE.
The doctor says:
MAINTENANCE CONTINUED.
The paperwork says:
TREATMENT COMPLIANT.
My stomach says:
Absolutely fucking not.
[Silence]
And nobody asked the stomach.
[Verse 3 — tighter, more urgent flow; bass gradually returns]
Funny thing, stability can weigh a ton,
When the day’s already scheduled before it’s begun.
Some days it’s a bridge, some days it’s a chain,
Sometimes both descriptions fit exactly the same.
I’m making my music, I’m writing my code,
Carrying groceries, taking the dog down the road.
There’s a whole human life past the clinical file,
Not just the dose and the signature line.
And the people who think they know what this means,
Have never seen the quiet parts between the scenes.
No neon confession, no beautiful wreck,
Just a calendar, a routine and a body to check.
I don’t need a sermon, don’t need applause,
Don’t need a stranger diagnosing my flaws.
I’ve got enough instructions and enough deadlines,
Without someone claiming they can read between mine.
[Final Chorus — forceful, minimal melody, mechanical rhythm]
Half-life, half-life,
Count the hours, keep the line.
No revelation, no divine design,
Just a clock that isn’t entirely mine.
Half-life, half-life,
Liquid routine and a borrowed time.
I’m not trying to touch the sky,
I’m trying to get through Tuesday night.
[Outro — spoken; all drums stop, clock continues]
Next appointment:
Eight thirty.
Next dose:
As scheduled.
Next question:
How are you feeling?
[Pause]
You want the clinical answer,
or the actual one?
[End — clock stops abruptly]
A co do muzyki to mój angielski pozwala w sumie na zauważenie, że tak, to ten język. xd, ale inspiracja ciekawa. Dodano do listy rzeczy do zrobienia. Kiedyś.
Myślę, że do anhedonii mi daleko, ale setki gigabajtów instrumentów, dziesiątki tysięcy presetów, ai u stóp, któremu wystarczy kilka słów aby wyszła nowa wtyczka jest. I co? I nic. Pomysłów dużo, wiedzy chyba na tyle żeby to ogarnąć. I co? I nic. Czasem skaczę na piłce, niby coś tam przeglądam, a czas przecieka między palcami.